Blogspot od kilku
miesięcy więcej nie działa, niż działa. Aż mi się odechciewa pisać, bo marnuję
godziny czekając, aż coś się załaduje.
Ale trwam, trwam.
Nie wiem, czy
ktoś tu wchodzi w ogóle i to czyta. To znaczy wiem oczywiście, bo maniakalnie
sprawdzam statystyki , ale nie wiem, czy ludzie tak klikają byle
gdzie, jak to się czasem zdarza na internecie, czy faktycznie z premedytacją
wchodzą i czytają.
Poprzednia notka
i nieuchronne nadejście zimy nastroiły mnie nostalgicznie. Chciałabym zawrócić
do dzieciństwa. W związku z tym postanowiłam utworzyć listę książek dla dzieci
i młodzieży, które najbardziej pamiętam i które chciałabym sobie kupić, żeby
zawsze móc je czytać, gdy dopadnie mnie taki nastrój.
Jeżeli mam się
cofnąć jak najbardziej wstecz to należy zacząć oczywiście od serii: „Poczytaj mi mamo”, na której w wieku
jakichś trzech lat (głosi legenda rodzinna) nauczyłam się niemal samodzielnie
czytać. Z samego procesu nie przypominam sobie nic, ale ponoć dręczyłam mamę w
kółko pytając ‘co to za literka’, aż ogarnęłam cały alfabet i szczęśliwa
czytałam sobie do woli. Musiałam uczyć się na Czerwonym Kapturku, bo ta książeczka jest wyryta w mojej pamięci
bardziej niż jakakolwiek inna. Właściwie to chętnie bym kupiła sobie egzemplarz
na pamiątkę.
Gdy już
przeczytałam wszystkie książeczki dla dzieci, które mieliśmy w domu i po kilka
razy, mama powiedziała mi, że jest takie miejsce, gdzie są setki książek i
można je sobie pożyczać za darmo zupełnie. Myślałam, że sobie jaja robi. Ale
było tak naprawdę. Miałam cztery lata, gdy mama zapisała mnie do biblioteki dla
dzieci i młodzieży na Odyńca. Do tej pory pamiętam tę pierwszą wyprawę i
pamiętam półkę, z której wzięłam pierwszą książkę, którą wypożyczyłam. Już wtedy
musiałam mieć jakieś początki mojej nerwicy natręctw bo skierowałam się na
pierwszą półkę alfabetycznie i wzięłam pierwszą chyba książeczkę. Była to ‘Myszka Pik’. Do niedawna pamiętałam
tylko okładkę, i że historia była o polnej myszce badylarce, która miała na
imię Pik (zresztą upamiętniłam ją nazywając tak mojego pierwszego chomika). Dzięki
internetowi udało mi się niedawno tę książkę odnaleźć. Może też sobie kupię.
Kolejnym silnym
wspomnieniem jest ‘101 Dalmatyńczyków’. Później nastąpiło
wiele innych książek, które pożerałam w chorobliwym tempie. Szczególnie
pamiętam Muminki – niedawno uaktywniła
się u mnie muminkowa obsesja i mam zamiar na Boże Narodzenie sprawić sobie
zestaw w twardych okładkach.
Oprócz tego
oczywiście Narnia, przeróżne książki
Astrid Lindgren ze szczególnym
naciskiem na ‘Bracia Lwie Serce’,
książkę którą przeczytałam chyba z piętnaście razy i płakałam strasznie za
każdym razem oraz seria ‘Pięcioro dzieci
i coś’. Pamiętam raz też czytałam ‘Niekończącą
się historię’ do jakiejś trzeciej nad ranem i musiałam uprosić mamę, żeby
napisała mi usprawiedliwienie następnego dnia, bo nie mogłam iść tak do szkoły
(poza tym cały czas zostało mi chyba ze sto stron do przeczytania).
Głównym kuratorem
moich gustów literackich był mój tata, przez co przeczytałam wszystkie części Pana Samchodzika i trochę Tomków Szklarskiego. Był grany też Niziurski. Lubiłam bardzo różne te
książki, ale zawsze czułam się trochę od nich oddzielona, bo nie było w nich
prawie żadnych dziewczynek. Były to takie staromodne opowieści, w których
chłopcy przeżywali przygody, a dziewczynki bawiły sie lalkami i były ładne. Jak
przez mgłe pamiętam, że w Panu Samochodziku bywały czasem jakieś dziewczynki,
ale nie jestem pewna.
Zaczytywałam się
również w Baśniach – obydwa tomy Baśni Braci Grimm zaczytałam na śmierć,
miałam tak że różne bajki z różnych stron świata i szczególnie pamiętam zbiór bajek słowackich (chyba, ale kto
wie, może były one słoweńskie, albo słowiańskie w ogóle). Za to w ogóle nie
mogłam się przekonać do Andersena,
mimo że mieliśmy to ładne, czarne trzytomowe wydanie z obrazkami.
Kolejnym moim
odkryciem były książki Joanny
Chmielewskiej, najpierw zaczęłam od serii dla dzieci o Janeczce i Pawełku, później dla młodzieży o Teresce i Okrętce, a później już łyknęłam całą resztą (bardzo chciałam wtedy zostać detektywką). Pamiętam
tata się zawsze podśmiewał z mojego oddania pani Chmielewskiej, ale
przynajmniej były tam dziewczynki i miały przygody! Za pokazanie mi Chmielewskiej
dziękuję mojej przyjaciółce z podstawówki Paulinie.
Druga moja
przyjaciółka z podstawówki, Ola, pokazała mi Frances Hodgson Burrnett, autorka mimo, że właściwie z zeszłego
wieku to w ogóle się nie zestarzała. Czytałam Małą Księżniczkę, Małego Lorda, Tajemniczy Ogród, Tajemnicę Dworu w
Stornham z wypiekami na twarzy.
Później odkryłam
bardziej dziewczyńskie książki. Ukochałam Lucy
Maud Montgomery, szczególnie Błękitny
Zamek, Musierowicz (którą
odkryłam stosunkowo późno), Siesicką.
Pamiętam też, że moją ulubioną lekturą był wtedy Ten Obcy.
To były główne
książki mojego dzieciństwa. Na pewno coś pominęłam, więc napiszcie mi
koniecznie jakie były Wasze najważniejsze książki, to uzupełnię listę.
Gdy skończyłam 15 lat zaczęłąm wyrastać z
literatury dziecięcej i młodzieżowej, a nie było nikogo, kto by mnie umiał
odpowiednio wprowadzić do literatury dla dorosłych. Tata podsuwał mi, a to
Buszującego w Zbożu, a to jakiegoś Vonneguta, i owszem, przeczytałam je z pewną
satysfakcją, ale były to książki bardzo męski i ogólnie na tematy, które, w
trakcie intensywnej burzy hormonalnej, którą przechodziłam, nie interesowały
mnie. Teraz myślę, że trzeba mi było podsunąć Jane Austen na przykład. A tak to
porzuciłam czytanie praktycznie całkowicie i zajęłam się chłopakami i
imprezami. Z liceum pamiętam, że samodzielnie przeczytałam Władcę Much i dalej
Chmielewską. Musiałam coś tam od czasu do czasu czytać, ale jakoś niknie mi co
i kiedy. Do czytania wróciłam na studiach i do tej pory z uporem nadrabiam
zaległości. Ale to już zupełnie inna historia.