
Ten oryginalny angielski tytuł nie przetrwał długo, bo już w latach 40-stych, gdy książka miała się ukazać w USA zmieniono tam tytuł na 'Ten Little Indians'. (W tamtych czasach już powszechnie zaakceptowano, że słowo 'nigger' jest raczej obraźliwe, ale Indianie musieli jeszcze poczekać na przemianowanie na 'Native Americans').
Po latach ktoś mądry wreszcie wpadł na pomysł, żeby zostawić w spokoju rasy ludzkie i grupy etnicznie i tytuł został zmieniony na 'And Then There Were None' - ostatniej linijki tej dziecięcej rymowanki, która stanowi podkład do powieści. Indianie zamieniają się w 'Boy Soldiers', co, zgaduję, w polskiej wersji staje się po prostu żołnierzykami.
I to tę wersję czytałam po angielsku. I cieszę się, że tę właśnie, bo myślę, że czytanie czegoś nazwanego 'Ten Little Niggers', dziejącego się na 'Nigger Island' mogłoby być raczej nieprzyjemne. Swoją drogą skąd się Christie wzieła Nigger Island niedaleko wybrzeża devońskiego wybrzeża to naprawdę nie wiem. Brzmi to dość absurdalnie.

Taka fabuła wymaga, żeby struktura książki była uporządkowana i wysoce zorganizowana, więc uznałam, że wypada, żebym i ja podeszła do jej czytania w równie zdyscplinowany sposób. Wzięłam pięć kartek papieru, podzieliłam na pół i stworzyłam dziesięć kart - po jednej dla każdego bohatera.

Szczególnie polubiłam dwójkę bohaterów, i wydaje się, że Christie też ich najbardziej lubiła, bo zabiła ich na samym końcu.
To była moja druga książka Christie, ale tak naprawdę pierwsza, bo ta którą przeczytałam wcześniej była powieścią niby-szpiegowską i raczej wypadkiem przy pracy zdaje się. Dopiero przy tej powieści mogła ujrzeć geniusz Christie w pełnej okazałości.
To też była moja pierwsza książka Christie, potem czytałam jeszcze inne, też dobre, ale nie tak dobre jak ta.
ReplyDeletePodpisuję się pod tym :)
DeleteTo co ? Mówicie, że więcej już nie czytać? :)
ReplyDeleteMnie jeszcze uwiódł "Entliczek pentliczek". Christie przeczytałam sporo, a pamiętam tylko te dwie pozycje (okej, jeszcze "Spotkanie w Bagdadzie", które było koszmarne...), więc chyba to o czymś świadczy! ;)
DeleteJa mimo wszystko polecam jeszcze Christie poczytać :) wiadomo, miała słabsze książki, jak każdy, ale i wiele świetnych tytułów. Polecam zbiory opowiadań - "Pułapka na myszy" (tytułowe opowiadanie powstało najpierw jako słuchowisko, a potem przedstawienie teatralne i jest chyba najdłużej bez przerwy wystawianą sztuką teatralną na świecie, niedawno miało chyba 60. rocznicę), "Świadek oskarżenia" - też ciekawe, bo to Christie w wydaniu paranormalnym i tytułowe opowiadanie też świetne. Nie wiem co jeszcze jej czytałaś,ale jeśli coś szpiegowskiego, to raczej nic z poniższych tytułów: "Morderstwo w Orient Expressie" (nie wiem czy dobrze napisałam), "Morderstwo to nic trudnego", "Dom nad kanałem", "Dom zbrodni", "Uśpione morderstwo", "4.50 z Paddington", "Tajemnica bladego konia" i wiele wiele innych :D niektóre sceny z jej książek mam w głowie do dziś ;) Do tego zachęcam do poznania najsłynniejszych detektywów Christie - Poirota, panny Marple, Tommy'ego i Tuppence :) Przepraszam za przydługi komentarz, wychodzi na to, że jestem psychofanka :D
ReplyDeleteJeśli zaś chodzi o tytuł "Dziesięciu Murzynków" to ja nie widzę w nim nic rasistowskiego - wynika z dziecięcej rymowanki, która stała się podstawą książki (jak często u Christie bywało), a książka w żaden sposób nie jest skierowana przeciwko jakimś grupom etnicznym i w ogóle nie wypowiada się na ten temat. Jedyne co, to można czepiać się samej rymowanki, na zasadzie czepiania się "Murzynka Bambo".
Pozdrawiam!