Showing posts with label 1920s. Show all posts
Showing posts with label 1920s. Show all posts

Monday, 13 January 2014

S.F. Aaron & Wayne Whipple - Radio Boy Cronies

Dobry wieczór, witam w kolejnej części mojego projektu Projektu Gutenberg, w którym staram się przeczytać wszystkie książki dostępne za darmo na stronie Gutenberg Project. Zamierzam czytać je w kolejności alfabetycznej, jak również zamierzam żyć wiecznie, aby wykonać to zadanie.

Ta książeczka była o chłopcach i dziewczętach, którzy słuchają wykładów o Edisonie i tak się nimi ekscytują, że w inżynieryjnym amoku budują tamę, małą elektrownię i radio.

Co jest szczególnie interesujące w tej książce (wydanej w 1922) to to jak neutralna płciowo jest (albo używając aktualnie modnej terminologi 'dżenderowa'). Dziewczynki i chłopcy postanawiają zbudować radio i obu drużynom się to udaje. Dziewczynki dyskutują z chłopcami, kwestionują ich umiejętności lub wiedzę i często wygrywają. Chciałabym, żeby współcześni pisarze zrobili sobie notatki na ten temat, bo mam dość tych bezradnych bohaterek zainteresowanych jedynie tym co migocze na słońcu.

Książka też opowiada o Edisonie, ale jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o Edisonie, to, podejrzewam, istnieją lepsze źródła.

Poza tym, ta powiastka nie ma szczególnej wartości literackiej. Troche zalatuję moralizatorstwem, a element komiczny występował jedynie w postaci grubej dziewczynki Skeets, która pojawiała się w narracji jedynie po to aby coś przewrócić lub o coś się potknąć. Zdarzyło jej się to chyba z 50 razy w ciągu tej historii i nie było to ani zabawne, ani sensowne.

Koniec końców - nieszczególnie dobrze napisana książka, której jednak prawie udaje się nie być rasistowską ani seksistowską.

Nie przełączajcie odbiorników - w następnym odcinku projektu Projektu Gutenberg będę mówić Alexandrze Aaronsohnie i jego książce: 'Z Turkami w Palestynie' i czuję, że bedzie to niezły numer.

Thursday, 22 August 2013

Franz Kafka - Proces

Proces Kafki to jedna z tych książek, które są zawsze obecne w strefie kulturalnej i nigdzie się nie można ruszyć, żeby się o jakieś odniesienie do Kafki nie potknąć.
Chociaż nigdy nic Kafki wcześniej nie czytałam, jestem przekonana, że nieraz powiedziałam ‘jak z Kafki’ lub ‘kafkowy’, a nawet po angielsku ‘Kafkaesque’ i się elokwentnie wypowiadałam na temat ‘Procesu’. I pewnie dalej bym mogła tak robić wcale tej książki nie czytając, ale jakiś czas temu postanowiłam wziąc moje literackie hobby na poważnie - skoro książki zdają się być jedyną rzeczą na świecie, na której prawdziwie mi zależy, to równie dobrze mogę się oddać im w całości.

‘Proces’ nie ma tradycyjnie rozumianej fabuły a postacie nie przechodzą żadnej przemiany. Właściwie to nie ma tam prawdziwie trójwymiarowych ludzkich postaci. Nie ma tam konfliktu i rozwiązania w powszechnym powieściowym stylu, a końcowe objawienie będzie tylko czytelnika udziałem. Bo tak naprawdę to ‘Proces’ jest tylko przypowieścią alegoryczną.

Jest, na przykład, dość ciekawa teoria mówiąc, że ‘Proces’ powstał w rezultacie zerwania zaręczyn Kafki z Felice Bauer. Felice Bauer była, można powiedzieć, nieskomplikowaną kobietą. Była jego muzą i kotwicą w porcie rzeczywistości. Kafka potrzebował jej, żeby tworzyć i nie zwariować. Co Felice miała z ich związku nie wiadomo, bo jej listy nie przetrwały. Bez wątpienia musiał to być dla niej frustrujące, bo kafkowe wyobrażenie miłości niebyło zdrowe. Ich związek opierał się niemal w całości na listach i nieczęstych spotkaniach, które Kafkę cieszyły dopiero wtedy gdy się skończyły. W końcu oświadczył się Felice ale podkreślił, że będzie koszmarnym mężem, bo do życia rodzinnego nie został stworzony. I tak to się ciągnęło. Jeżeli któreś z nich czuł się jak podczas niekończącego się, niezrozumiałego procesu to chyba Felice. Ale oczywiście Franz twierdzi, że to on, bo wreszcie rodzina i przyjaciele Felice postanowili ją wyzwolić ze szponów Kafki, wezwali go do siebie i zażądali, żeby zostawił biedną Felice w spokoju. I to właśnie spotkanie/przesłuchanie było jego ‘procesem’.

Wolałabym nie wierzyć w tę teorię, bo jeżeli jest ona prawdziwa musiałam obniżyć ocenę tej książki i Kafkę zakwalifikować do grupy samolubnych, użalających się nad sobą, rozpuszczonych bachorów.

Wolę trzymać się mojej alegorii ludzkiego życia, która przemawia do mnie w takich weltschmertzowy sposób. Jeżeli czytacie po angielsku i chcecie dowiedzieć się więcej o Kafce, Procesie i Fraulein Bauer to tu możecie znaleźć artykuł Johna Banville’a na ten temat: http://www.guardian.co.uk/books/2011/jan...

Możecie też znaleźć fikcyjny list od Felice do Franza (napisany przez Francine Prose) w zbiorze zmyślonych listów miłosnych, który recenzowałam jakiś czas temu: http://literackie-dywagacje.blogspot.co.uk/2013/04/42-listy-miosne-antologia.html

List jest napisany przez Felice długo po śmierci Kafki i generalnie potwierdza tezę, że był on dla niej strasznym dupkiem. 

Thursday, 6 December 2012

Książka najukochańsza

Moją najukochańszą książką z dzieciństwa jest niewątpliwie Błękitny Zamek Lucy Maud Montgomery. Wiem, że całe zastępy dziewczynek przede mną i po mnie również ukochały tę książkę, ale gdy miałam 12 lat nie zdawałam sobie z tego sprawy. Myślałam, że nikt tej książki nie zna i że ja i ona odnalazłyśmy się nawzajem magicznie, bo byłyśmy sobie przeznaczone.

Główna bohaterka Valancy, która w ówczesnym polskim tłumaczeniu nazywała się, nie wiedzieć czemu, Joanna, to podstarzała panna, która ucieczki od swojej smutnej egzystencji szuka w książkach, szczególnie tych o naturze i zwierzętach. Sama w tym czasie przechodziłam przez fazę natury i zwierząt i czytałam co tylko mi wpadło w ręce, ucząc się nawet łacińskich nazw.

Pewnego dnia Valancy aka Joanna dowiaduje się, że został jej może rok życia. I jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, postanawia wreszcie naprawdę pożyć, niczym się nie przejmując. Że ostatecznie znajduje szczęście i miłość, nie muszę mówić.

Książka jest urocza i niesłychanie dowcipna, chociaż część dowcipu, jak się zorientowałam jakiś czas temu czytając oryginalną wersję, poległa w tłumaczeniu. Jeżeli Wasze dzieciństwo było z jakiegoś powodu pozbawione Błękitnego Zamku to polecam koniecznie to nadrobić (najlepiej w oryginale w miarę możliwości).

Sama bym pewnie nie trafiła na tę książkę, gdyby nie to, że co roku w szkole, wraz z plakietką 'wzorowego ucznia' dostawałam nagrodę książkową. Początek wakacji nierozłącznie wiązał się dla mnie z czytaniem mojej nagrody. Czasem myślę, że tylko dlatego starałam się dostawać dobre oceny, żeby dostać książkę (byłam bardzo rozczarowana, gdy w późniejszych latach zaczęli nam rozdawać jakieś albumy i atlasy zamiast powieści).

W czwartej klasie  po raz pierwszy nie miałam świadectwa z paskiem. Mieliśmy nową nauczycielkę języka polskiego, której nazwisko było Borucka, a ja nazywałam ją z czułością - Boruta, która jak to się wtedy mówiło 'uwzięła się na mnie' i wystawiła mi trójkę na koniec roku. Głównie poszło o to, że brzydko piszę i nie robię szlaczków (ja uznawałam, że w czwartej klasie szlaczki to już jednak dziecinada). Był to dla mnie straszny szok, bo do tej pory miałam same piątki ze wszystkiego, a tu nagle trójka. Do tej pory nie mogę tego tej kobiecie wybaczyć. Z jakiej cudownej książki mnie obrabowała?

(Tak naprawdę to nie pamiętam, czy to było czwartej czy piątej klasie).

*  UPDATE - 25 września 2013 ma miejsce premiera nowego wydanie Błękitnego Zamku przez Egmont Polska tym razem.

Friday, 12 October 2012

Claude McKay - Banjo

Na pierwszy rzut oka 'Banjo' to łotrzykowska opowieść o grupie trampów - plażowych chłopców, którzy spędzają całe dnie włócząc się po szemranych zakątkach Marsylii od jednego bistro do drugiego, tańcząc i pijąc.

Opisy portowego życia w latach dwudziestych są pełne poezji i uroku, ale ta powieść to coś więcej niż nostalgiczne wspominki minionych czasów. Kosmpolityczny port, w którym spotyka się cały świat i nikt nie jest naprawdę w domu idealnie pasuje do poruszenia kwesti rasy. Między jedną butelką wina a drugą bohaterowie dyskutują prezentując każdy możliwy punkt widzenia i postawę względem rasy i rasizmu.

Taka sceneria i przedstawianie czarnych nie zaskarbiły McKay'owi sympatii innych autorów z ruchu tzw. Renesansu Harlemu, którzy uważali, że szkaluje on własną rasę (ha, ha, chciałam napisać 'oczernia').
McKay broni się słowami Raya, jednego ze swoich bohaterów (które przetłumaczę po swojemu, bo nikt tej książki jeszcze oficjalnie na polski nie przełożył):

"Myślę o mojej rasie tyle samo co ty. Nie mogę patrzeć na to jak jest kopana i opluwana przez białych, bo to przecież dobry, ziemię miłujący lud. Będę walczył, jeśli trzeba będzie walczyć, ale jeśli opowiadam historię - to cóż, jest tak jest, jesteśmy tu wszyscy, czarni, brązowi i biali, i ja opowiadam historie, bo je kocham opowiadać."

'Banjo' to w gruncie rzeczy 'trans-nacjonalistyczna' powieść, przykład konceptu tzw. rasy-narodu. Trochę jakby McKay chciał krzyknąć "Czarni wszystkich krajów łączcie się!" i upewnił się, że uwzględnia w swojej książce wszystkich po równo, czy to Afrykanów, czy czarnych z Karaibów lub USA. Fajnie by było, gdyby udzielił też głosu jakimś kobietom, bo wszystkie które pojawiają w powieści służą bardziej za rekwizyty. Niemniej jednak jest to dobra książka, aczkolwiek prawie bez fabuły (jak zresztą ostrzega z góry jej podytuł - "A Story Without a Plot").

Trudno powiedzieć, który punkt widzenia McKay dzieli ze swoimi bohaterami, ale ogólna konluzja zdaje się wyrażać przez ten cytat:

"Niczego bardziej nie nienawidzę jak chrześcijańskiej moralności. Jest fałszywa, zdradziecka i i pełna hipokryzji. Wiem to, bo sam byłem jej ofiarą w waszym białym świecie, i konkluzja do jakiej doszedłem jest taka, że świat musi się pozbyć tych fałszywych moralności i zacząć pielęgnować dobre obyczaje, nie jakieś towarzyskie dobre maniery, tylko zwyczajną ludzką przyzwoitość i tolerancję."

Amen

PS. Dziwnie mi się tłumaczyło tę recenzję na język polski, bo jakiś taki jeszcze on jest nienawykły do opisywania kwestii rasowych. Cały czas, na przykład, nie mogę się zdecydować, czy powinnam używać słowa 'Murzyn'. Według mnie ma dość negatywne konotacje i gdy ktoś ostatnio przy mnie, w eleganckim towarzystwie, powiedział 'sto lat za Murzynami' to trochę mnie to zażenowało. Większość czarnych, których znam, którzy mówią po polsku niemal od urodzenia, czyli można powiedzieć, że 'czują' ten język, raczej się obraża za 'Murzyna'.