Monday, 5 November 2012

Vicki Myron - Dewey: Wielki kot w małym mieście

Nie oczekiwałam, że ta książka będzie zawierać w sobie wiele wartości literackich, i oczywiście nie zawierała. To taka książeczka w stylu 'balsam dla duszy', z tym że zauważyłam, że nastrój zamiast mi się poprawiać, zazwyczaj mi się pogarsza po takich książeczkach. Wręcz mnie mdli często od nich, w szczególności od tych, które opiewają małe miasteczka w Ameryce.

Myślałam, że zacznę krzyczeć, jeśli będę musiała przeczytać kolejny akapit o tym jakim wspaniałym miejscem jest Spencer w Iowa. Dla przykładu (jak zwykle, cytat jest moim tłumaczeniem angielskiej wersji, a nie tłumaczeniem tłumacza):

"To kolejny, jedyny w swoim rodzaju i jakże wartościowy atut miasta Spencer - jego mieszkańcy. Jesteśmy dobrymi, solidnymi i ciężkopracującymi ludźmi z Środkowego Zachodu. Jesteśmy dumni, ale skromni. Nie przechwalamy się."

Ach, oczywiście, że się nie przechwalają. Właśnie przeczytałam pean pochwalny na 275 stron na temat Spencer i jego mieszkańców. I niechby sobie Vicki Myron próbowała ile chciała, ja nie byłam przekonana. Pod tą grubą warstwą lukru widziałam kipiącą od waśni, uraz i niechęci zepsutą tkankę. Chętnie o tym bym sobie więcej poczytała, ale jako że w książce były użyte prawdziwe imiona i nazwiska mieszkańców, to by się to za pewne skończyło w sądzie.

Cała książka była poszatkowana (zupełnie jak ta recenzja). Było trochę o Dewey'em, trochę o Vicki i jej życiu, a do tego wszystkiego jeszcze historia miasteczka Spencer. Raczej to wszystko nie grało razem, ale niektóre rozdziały były w prawie interesujące, więc niech będą ze dwie gwiazdki.

A tak, kot. Kot był słodki.

No comments:

Post a comment