Saturday, 7 March 2015

Nicola Barker - Darkmans

Za każdym razem gdy widzę taki gruby tom, to sobie myślę, co ta autorka miała takiego ważnego do powiedzenia, że potrzebowała ponad 800 stron. I jestem zaintrygowana, bo z pewnością musi to być coś oszałamiającego, jeżeli nie wstyd jej poświęcić na to tylu drzew. Więc jestem zaintrygowana, ale też się boję, bo z moimi zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi (które niestety w ogóle nie przekładają się na porządek w mieszkaniu), muszę dokończyć każdą zaczętą książkę, albo ktoś na drugiej półkuli umrze. Tak że jak już zacznę to nie ma zmiłuj, muszę wytrwać do końca. Jedyną książką, którą udało mi się odłożyć po jednym rozdziale było Pięćdziesiąt twarzy Greya. Psychiatria nie zna jeszcze tak intensywnej nerwicy natręctw, która by mnie zmusiła do brnięcia przez to.

Na szczęście dla mnie da się w miarę bezboleśnie prześlizgnąć się przez 800 stron Darkmans. W miarę.

Nie zostało to przetłumaczone na polski i wcale mnie to nie dziwi. Nawet trudno powiedzieć o czym jest właściwie ta książka. Niby o takiej zbieraninie ludzi mieszkających w Ashford, trochę dresiarzy, trochę pracowników okolicznego szpitala, jacyś budowlańcy, handlarze narkotyków - taki standardowy zestaw, którzy wybierają sobie angielscy pisarze piszący o małych, ponurych angielskich miasteczkach. Dla urozmaicenia jednak, mamy tutaj fakt, że wszyscy ci ludzie (a szczególnie Isidore, niemiecki pracownik ochrony) są nawiedzanie przez ducha okrutnego średniowiecznego błazna Johna Scogina. Miesza on im w głowach, wprowadza zamiesznia i zmusze do mówienia przedszekspirowską angielszczyzną.

Wiele się w tej książce zmieściło. Barker zrobiła porządny risercz i powieść lśni lingwistyczną finezją. Oczywiście chcielibyśmy, żeby na koniec wszystko się zlożyło w elegancką całość, ale jest to płonna nadzieja. Jak to mówi jedna z postaci (już dawno nie mam tej książki na stanie, więc nie jest to dokładny cytat) wpadamy często w takie życzeniowe myślenie, że nic się nie dzieje bez powodu, że we wszystkim jest jakiś wyższy zamysł. Ale tak jest tylko w sztuce. Teraz, czy ta książka to sztuka, czy też próbuje ona imitować życie, to sam czytelnik sobie musi zdecydować.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nic tu nie ma ponad niepodokańczane wątki. Jest to wszystko bardzo inteligentne, ale ostatecznie jest to książka Barker i trzeba grać na jej zasadach. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to zostanie ci to wynagrodzone. Ktoś powiedział, że ta ksiażka jest niezrównoważona. Tak. W najlepszy możliwy sposób.

No comments:

Post a comment