
Były takie czasy, kiedy nie śmiałabym krytykować Dostojewskiego, ale w tej chwili jestem już zupełną nihilistką i nie ma dla mnie żadnych świętości.
Co tu się w ogóle działo w tej książce? Zaczęło się od rozważań na temat geniuszu, cierpiących artystów i tego, że talent, któremu nie towarzyszy ciężka praca prowadzi do tragedii. To wszystko było a propos ojczyma Netochki, utalentowanego muzyka, któremu jednak mało się chciało i te fragmenty bardzo dobre. Można by z tego wykroić przyzwoite opowiadanko/nowelkę. Niestety, ojczym umiera i zostaje nam sama Netochka.
Od tego momentu bohaterowie (a raczej głównie bohaterki) na zmianę czerwienią się, bledną, omdlewają, lub kładą się do łóżka na długie dni z powodu osłabienia emocjonalnego. Szczególnie Netochka jest taka delikatna. Czasem trudno było mi się połapać z jakiegoż to powodu Netochka znowu mdleje.
Ta książeczka ma jedyne 175 stron i widać, że Dostojewski zamierzał się na jakieś wielkie tomiszcze, ale fabuła się zaczęła mu rozłazić, nie wiadomo przez ile stron jeszcze bohaterki mogą tak mdleć w kółko, więc projekt został porzucony.
Aczkolwiek warto podkreślić i pochwalić proto-lesbijski wątek, który zdążył się pojawić w Netoczce.