Showing posts with label literatura amerykańska. Show all posts
Showing posts with label literatura amerykańska. Show all posts

Saturday, 19 March 2016

Anne Sexton - Transformations

Poezja jest trochę jak wino dla mnie. Lubię, nie powiem, ale nic mądrego zazwyczaj na ten temat nie potrafię powiedzieć. Nie mam wiedzy ani doświadczenia, żeby napisać skomplikowane notatki z degustacji.
Wolę wino, jak i poezję, na takim bardziej niezdefiniowanym poziomie. Jedyna różnica jest taka, że szanse na wylądowanie z kimś w łóżku nie zwiększają po spędzeniu całego wieczoru na czytaniu tomików poezji.


Mam nadzieję, że wybaczone mi zostanie to że nie napiszę prawdziwej recenzji książeczki Anne Sexton, bo nie umiem. Ale i Kurt Vonnegut, który pisał wstęp do mojego wydania też nie powiedział nic sensownego, bo co tu mówić, to trzeba przeczytać.

'Transformations' to nowe wersje bajek braci Grimm, opowiedziane inaczej i poezją. To znany mi świat - za dzieciaka czytałam te bajki w kółko - i z przyjemnością na chwilę do niego wróciłam.

U Anne Sexton wszyscy żyją długo i dziwacznie. Niby nic nie zmienia, może trochę tylko oświetlenie, i wszystko staje się bardziej groteskowe i zdajemy sobie sprawę, że bez względu na to co nam rodzice wmawiali, dobro wcale nie zawsze wygrywa.

Jej Czerwony Kapturek zaczyna się rozważaniami na temat oszustów i uzurpatorów. Jak ten wilk przebrany za babuleńkę i my często wkładamy naszą łagodniejszą maskę, gdy trzeba się spotkać ze światem.

(Już poezji nie będę tłumaczyć, bo są jednak jakieś granice mojej wiary we własny talent i geniusz)

"And I. I too.
Quite collected at cocktail parties,
meanwhile in my head
I’m undergoing open-heart surgery.
The heart, poor fellow,
pounding on his little tin drum
with a faint death beat.
The heart, that eyeless bettle,
enormous that Kafka beetle,
running panicked through his maze,
never stopping one foot after the other
one hour after the other
until he gags on an apple
and it’s all over."

Monday, 7 December 2015

Norman Maclean - A River Runs Through It and Other Stories

W życiu nie byłam na rybach. Dawno temu złapałam chyba jakieś raki w menażkę na obozie harcerskim, ale na tym moje przygody z fauną wodną się kończą. Jednak wśród moich ulubionych książek znajduje się nieproporcjonalnie dużo książek o łowieniu ryb.

Bo oczywiście książki o łowieniu ryb nigdy nie są tak naprawdę o łowieniu ryb, tylko o życiu, o tym co ważne i tak dalej. Muszę powiedzieć, że nawet okazjonalnie potrafią mnie urzec książki o polowaniach, ale tak z dziewiętnastego wieku lub wcześniej, co oczywiście kłóci się z moim ogólnym światopoglądem i opinią na temat myślistwa. No cóż, nie pierwszy to i nie jedyny dysonans poznawczy, którego doświadczam.

I ta prześliczna książeczka jest tylko na pozór opowiadaniami o łowieniu ryb na muszkę, wyrębie drzew (z czasów przed wynalezieniem piły łańcuchowej) i początkach Służby Leśnej Stanów Zjednoczonych. Znajdziemy tu dokładne opisy sztuki zarzucania wędki (jest to ponoć sztuka w rytmie na cztery, między godziną dziesiątą a drugą), wynajdowania odpowiedniego partnera do piłowania drzew oraz metod wygaszania pożarów lasów na początku dwudziestego wieku. Generalnie, typowy zestaw zainteresowań współczesnej wielkomiejskiej kobiety.

Norman Maclean dorastał w dawnych czasach, zanim wynaleziono metroseksualnego mężczyznę i nauczono go jak wyrażać emocje, więc mężczyźni w 'A River Runs Through It' uciekają się komunikowania swoich uczuć za pomocą łowienia ryb, rąbania drewna, grania w karty i gaszenia pożarów. Czasem gubiłam się w tej szczególnej semantyce, ale w końcu znaczenie zawsze objawiało mi się i łupało prostu w brzuch, elegancko omijając głowę. I myślę, że to było podobne uczucie jak to gdy wreszcie dorwiesz tego pstrąga, który ci się wymykał cały dzień.

Uwierzcie mi gdy mówię, że ta książka jest piękna. Podkreśliłam ją prawie całą, nawet te fragmenty o muchach i rybach jak ten:
"Blundering and soft-bellied, they had been born before they had brains. They had spent a year under water on legs, had crawled out on a rock, had become flies and copulated with the ninth and tenth segments of their abdomens, and then had died as the first light wind blew them into the water where the fish circled excitedly. They were a fish's dream come true—stupid, succulent, and exhausted from copulation. Still, it would be hard to know what gigantic portion of human life is spent in this same ratio of years under water on legs to one premature, exhausted moment on wings."
("Niezdarne, z miękkim podbrzuszem, urodziły się jeszcze bez mózgów. Cały rok spędziły pod wodą na nogach, wypełzły na skały, zmieniły się w muchy i kopulowały dziewiątym i dziesiątym segmentem swojego odwłoku, i umarły gdy pierwszy lekki powiew wiatru zaniósł je w wodę, gdzie już krążyły podekscytowane ryby. Były tym o czym marzy każda ryba - głupie, soczyste i wyczerpane seksem. Ale, jak się zastanowić, to można z przykrością zauważyć, że ogromna część ludzkiego życia przebiega w takich samych proporcjach lat spędzonych na nogach pod wodą i kilku wyczerpujących, przedwczesnych uskrzydlonych momentów.")

Więc są to opowiadanka piękne, ale są one też całkiem śmieszne.

"I was afraid to look at my lower quarters to see what was still with me. Instead, I studied the snags of those branches to see which of my private parts were to hang there forever and slowly turn to stone. Finally, I could tell by the total distribution of pain that all of me was still on the same nervous system."
 ("Bałem się spojrzeć na swoje dolne partie ciała aby ocenić, co wciąż jest częscią mnie. Zamiast tego, przyglądałem się kikutom konarów nade mną,  żeby zobaczyć, które fragmenty mnie mają wisieć tam na zawsze powoli kamieniejąc. W końcu, studiując rozmieszczenie bólu ustaliłem, że całość mnie wciąż wisi na tym samym układzie nerwowym.")
Maclean mówi, że "łatwo być dramatycznym, gdy jest się zmęcoznym i samemu, ale żeby być zabawnym trzeba być świeżym, mieć dużo wolnego czasu i mieć publiczność - i trzeba być zabawnym. I bez względu na to jak bardzo się kocha lasy, nie można powiedzieć, że tryskają one humorem." Ja stwierdzam, że Maclean był świeży, miał dużo czasu i publiczność, co razem złożyło się na to, ze 'A River Runs Through It' jest książką naprawdę godną polecenia.

A jeżeli nie starcza wam chęci lub zdolności językowych, żeby przeczytać te książke, to zrobili kiedyś film na jej podstawie, w którym występuje młody Brad Pitt i zupełnie malutki Joseph Gordon-Levitt, który jest uroczy niczym pandziątko.

Przeprowadziłabym się do Montany.

Thursday, 10 September 2015

Shirley Jackson - Zawsze mieszkałyśmy w zamku

Co za urocza książeczka. Posłuchajcie tego (wyjątkowo udało mi się znaleźć jak to faktycznie wygląda w polskim przekładzie, aczkolwiek śmiem uważać, że jak bym to zgrabniej zrobiła). 
 "Nazywam się Mary Katherine Blackwood. Mam osiemnaście lat i mieszkam z siostrą Constance. Często myślę, że przy odrobinie szczęścia mogłabym urodzić się wilkołakiem, bo dwa środkowe palce obu moich rąk są tej samej długości, ale muszę zadowolić się tym, czym obdarzyła mnie natura. Nie lubię mycia, psów i hałasu. Lubię moją siostrę Constance, Ryszarda Plantageneta i Amanita phalloides, muchomora sromotnikowego. Reszta mojej rodziny nie żyje."
 Jest specjalne wygrzane miejsce w moim sercu dla tych wszystkich stukniętych, niewiarygodnych (czy też 'niegodnych zaufania') narratorów, którzy może mają, a może nie, mordercze skłonności. Czytam ich słowa i je rozumiem. Ich logika ma dla mnie sens. Pewnie sobie myślicie: "Kinga, czy aby trochę nie martwi cię fakt, że tak łatwo ci identyfikować się ze wszystkimi tymi szaleńcami?" I ja powiem: "Tak, trochę mnie to martwi. Chyba. Ale jak to śpiewa Seal "We're never gonna survive unless we get a little crazayy-y-y".

Wracając do książki - Merricat and Constance to siostry, które mieszkają w wielkim domu zupełnie same, nie licząc ich upośledzonego wujka. Mają ogród, w którym hodują przeróżne rzeczy, które później Constance zamienia w pyszne potrawy, co Merricat podsumowuje tak:
"Przejadamy rok. Jemy wiosnę, lato i jesień. Czekamy aż coś urośnie, a potem to zjadamy." (tłumaczenie moje)
 Brzmi to zupełnie błogo. Ja też chcę mieszkać w takim wielkim domu z moją siostrą, praktukując moje śmieszne nieszkodliwe rytuały, znosząc nowe książki z lokalnej biblioteki co tydzień.

Myślę, że Merricat powinna wyjść za Franka z 'Fabryki Os' Banksa. Zostali dla siebie stworzeni (albo Frank został stworzony na podstawie Merricat, trudno nie zauważyc niesamowitych podobieństw). Oczywiście oboje nie znoszą obcych, więc z początku mogą próbować się nawzajem zabić, ale żaden związek nie jest przecież idealny. Wierzę, że w końcu odkryliby w sobie bratnie dusze, wzięli ślub i mieli stado zupełnie porypanych dzieci. (Oczywiście to może być trochę trudne biorąc pod uwagę fakt, że Frank nie ma penisa, ale ufam, że miłość pokona i takie niedogodności.)


Thursday, 15 January 2015

David Simon & Ed Burns - The Corner



„Życie na rogu łączy się sciśle z ludzką żądzą – prymitywną, pewną i natychmiastową. I twarda i niepodważalna prawda jest taka, że wszystkie organy ścigania świata są bezradne w starciu z żądzą.”
"The Corner is rooted in human desire - crude and certain and immediate. And the hard truth is that all the law enforcement in the world can't mess with desire."
(Wybaczcie to strasznie koślawe tłumaczenie.)

Myślę, że jedną z głównych moich wad jest to, że niesłychanie łatwo mi się wydaje wyroki. Próbuję z tym walczyć. Powtarzam sobie, że nie znam wszystkich szczegółów i okoliczności. Nie rozumiem sytuacji. Ale jakbym się nie starała, to i tak słyszę ten namolny głos w głowie „dlaczego ludzie nie mogą się po prostu zebrać do kupy?”. Wiecie – znaleźć pracę, przestać handlować narkotykami, wyrwać się z tego patologicznego związku, nie wstępować do gangu, nie brać narkotyków. Po prostu powiedz ‘nie’, prawda?

Powiem Wam tyle – nikt nie zrobił tyle dla mojego osobistego doskonalenia co David Simon i Ed Burns tą książką. Naprawdę czuję, że jestem teraz lepszą osobą. ‘The Corner’ to reportaż (Polska tak lubi reportaże, dlaczego nikt tego nie wydał jeszcze?) z roku z życia rogu ulic West Fayette i Monroe w zachodnim Baltimore. Ludzie ćpający, ludzie handlujący materiałami do ćpania, ludzie popadający w przeróżne problemy z powodu ćpania, mordujący się przy użyciu broni palnej i zostający rodzicami w bardzo młodym wieku – znamy te amerykańskie statystyki. Simon i Burns pokazaują nam ludzi ukrywających się w tych statystykach. Nie traktują ich protekcjonalnie, nie infantylizują. Uczłowieczają ich. Przedstawiają rzeczywistość taką jaką ona jest, nie usprawiedliwiają i nie zrzucają całej winy na wadliwy system.

Nie czyta się tego łatwo, bo portety Fran, DeAndre, Gary’ego, Blue czy Grubego Curta są na tyle realistyczne, że zaczyna się czytelnikowi robić niewygodnie. Oczywiście, ja lubię myśleć, że gdyby to mi się przytrafiło urodzić w getcie, to wybrałabym inną drogą. Bym po prostu ciężko pracowała, nie poddawała się i nie pakowała w kłopoty.

Bo mam taką silną wolę, prawda? Dwóch dni bez czekolady nie przeżyję, ale z getta to bym się wyrwała bez problemu.

Jak mówią autorzy: „O, tak. Gdybyśmy to my tam byli, gdybyśmy to my byli tymi potępionymi amerykańskich miast, to byśmy nie zawiedli. Wzbilibyśmy się ponad egzystencję na rogu. I gdy wmawiamy sobie takie rzeczy, to bezmyślnie zakładamy, że byśmy zostali ulokowani w takich miejscach jak Fayette Street w pełni wyposażeni, z całym wdziękiem, posłuszeństwem, talentem i wprawą które teraz mamy.”

"Yes, if we were down there, if we were the damned of the American cities, we would not fail. We would rise above the corner. And when we tell ourselves such things, we unthinkly assume that we would be consigned to places like Fayette Street fully equipped, with all the graces and disciplines, talents and training that we now possess."
 
Jeżeli się nie pobeczycie przy tej książce, to nie chcę Was znać. Jesteście złymi ludźmi.

Z drugiej zupełnie strony ta książka sprawiła, że zapragnęłam być narkomanką. Tak troszeńkę! Wyobraźcie sobie zamienić te wszystkie sprzeczne potrzeby i pragnienia, które mamy, na jedną tylko potrzebe i pragnienie – ten odjazd. Tylko to. Żadnych innych emocjonalnych czy materialnych potrzeb. Żadnego szukania miłości, czy pracy w której się bedziemy bardziej spełniać, czy myślenia o zakładaniu rodziny lub zarabianiu większych pieniędzy. Tylko dać sobie w kanał i odlecieć. Prosty cel – do osiągnięcia w ciągu jednego dnia. Tak, ostatecznie rozpieprzy cię to zupełnie i na amen, ale nie jest to ważne, bo ważne jest jedynie odlecieć. Jest to bardzo prosty kodeks: naćpać się i nigdy nie mówić nigdy, bo nigdy nie wiesz jak daleko się posuniesz, żeby się naćpać.

Boże drogi, ta ksiązka była wspaniała. Czy David Simon nie mógłby pójść gdzieś indziej, pomieszkać tam rok i napisać mi kolejną taką książkę? Tylko tego bym sobie życzyła na następne urodziny, dziękuję. Język ‘The Corner’ jest piękny i literacki, a jednocześnie pełny slangu i wszystko to jakoś razem gra i nie brzmi tak jak twój ojciec, gdy stara się być ‘w porzo’. 

Możesz przesłuchać sto kawałków hip-hopowych i nie będziesz mieć pojęcia. Możesz obejrzeć wszystkie tzw. ‘urban movies’ jakie torrenty mają do zaoferowania i nadal nie będziesz mieć pojęcia. Przeczytaj tę książkę i może wtedy dopiero zaczniesz rozumieć.

"The Corner" zasługuje na piosenkę:


PS. Jak możecie zauważyć na okładce, autorzy tej książki są odpowiedzialni za fantastyczny serial The Wire, a w książce łatwo można rozpoznać pierwowzory niektórych bohaterów. The Corner został również osobny sfilmowany jako mini-serial.

Thursday, 1 January 2015

Jonathan Franzen - Wolność

Pomyślałam, że powitam Was w tym nowym 2015 roku wyznaniem, że naprawdę nie trawię Jonathana Franzena. Nie jest mi łatwo z tym żyć, bo muszę się ciągle z tego tłumaczyć przed różnymi znajomymi, jak również obcymi ludźmi. Tak jak na przykład pogarda dla Paulo Coelho jest w moim kręgach ogólnie dobrze widziana, tak Franzen jest ogólnie poważany i opiewany, więc ludzie na mnie patrzą z podejrzliwością, gdy mówię (czasem w bardzo dosadnych słowach), że świat byłby lepszym miejscem, gdyby Franzen nic już nigdy nie napisał

Ta recenzja będzie trochę bełkotliwa, przyznaję, ale powinna w związku z tym zadowolić fanów prozy Franzena. 'Wolność' to zwyczajna opera mydlana, a ja w ogóle nie umiem oglądać tego typu rzeczy. Jakieś 10 minut co pięć odcinków to jeszcze jak cię mogę, ale przy 570 stronach to po prostu wysiadam.

Jak to w operach mydlanych bywa, wszystko ostatecznie kończy się szczęśliwie i miłość wygrywa. Oczywiście po drodze trzeba było ukatrupić jakieś poboczne postacie, no ale to niewielka fabularnie cena za szczęśliwe zakończenie. Gdyby to jeszcze było dobrze napisane, ale jak ja mogę brać na poważnie coś takiego:
(poniżej oryginał i moje własne tłumaczenie)
"Patty said no, Walter insisted, she insisted no, he insisted yes. Then she realized he didn’t have a car and was offering to ride the bus with her, and she insisted no all over again, and he insisted yes"
"Patty powiedziała nie, Walter nalegał, ona nalegała, że nie, on nalegał, że tak. Potem zdała sobie sprawę, że nie miał samochodu, więc proponował, że pojedzie z nią autobusem, więc znowu nalegała, że nie, a on nalegał, że tak."
 Tak. Oto przed Państwiem Wielka Amerykańska Powieść. CHYBA SOBIE JAJA ROBICIE.

"She almost suggested to Walter that he had better kiss her first, if he was going to be asking her to live with him, but she was so offended that she didn’t feel like being kissed at that moment."

"Prawie zasugerowała Walterowi, żeby ją wpierw pocałował jeśli ma jej proponować mieszkanie razem, ale była tak bardzo urażona, że akurat nie miała ochoty być całowana."
A jakby was znudziły te przesłodkie dziewczęce rewelacje, to może spodoba wam się bardziej męska perspektywa pokazana nam przez Katza.

"His dick was saying yes to something now, and this something was certainly not the wideish ass of the retreating jogger. Had death, in fact, been his dick’s message in sending him to Washington? Had he simply misunderstood its prophecy?"


"Jego fiut przytakiwał czemuś teraz, i to coś to na pewno nie był raczej szerszy tyłek oddalającej się biegaczki. Czy to śmierć była tą wiadomością  fiuta, która wysłała go do Waszyngtonu? Czy po prostu źle odczytał jego przepowiednię?"
 I tak przez 570 stron. Nie wspominając nawet o porypanej chronologii, i nie porypanej w sposób intrygujący i inteligentny. Porypanej w rozpeplany, roztrzepany sposób, który mogę porównać do sposobu opowiadania mojego kolegi Maćka, który zaczyna opowiadać jakąś historię, ale w połowie przypomina mu się jakąś inna historia, które jest lub nie jest powiązana z pierwotną historią, a potem z tego wyłania się jakaś kolejna historia bez puenty, i jeżeli mamy szczęście to ostatecznie Maciek wróci do pierwotnej historii, która okazuje się nie bardzo ciekawa, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę jak długo Maciek budował napięcie przez te wszystkie piramidalne dygresje. I pod koniec nie wiemy już czy te środkowe historie zdarzyły się jakby w trakcie trwania głównej historii, czy zupełnie kiedy indziej.

Ogólny morał z tej powieści jest taki, że wszyscy jesteśmy posrani każdy na swoją modłę, ale wszystko będzie ok, no chyba że zostaniemy Republikanami, wtedy nie uratuje nas już nic. Czuję się silniejsza po tej książce, bo co cię nie zabije to cię wzmocni. Ale było blisko.

A teraz trzeba przeczytać książkę o prawdziwych ludziach z prawdziwymi problemami. Na odtrutkę.

Ach, przy okazji. Gdyby Jonathan był Joanną, to ta książka by była 'literaturą kobiecą', wepchniętą w różową okładkę z kwiatkami, chmurkami lub ptaszkami. I by zniknęła wśród innych lepszych pozycji 'literatury kobiecej'. No ale że Franzen ma penisa (który jak rozumiem wysyła mu różne wiadomości), to oto mamy Wielką Amerykańską Powieść. HA. HA. HA.

Friday, 16 May 2014

John Cheever - Miłosna Ballada

Wieść na internetach się niesie, że John Cheever jest właściwie bogiem, jeśli chodzi o opowiadania, więc gdy znalazłam to na półce w domu rodzinnym podczas którejś wizyt, to oczywiście zagrabiłam i postanowiłam się zapoznać.

Jest to zbiorek sześciu opowiadań (Włamywacz z Shady Hill, Miłosna ballada, Państwo Hartley, Chłopiec w Rzymie, Brimmer, Miasto pogrzebanych nadziei), które zostały wybrane ze zbiorów Cheevera wydanych w latach 50. i 60.

Po przeczytaniu pierwszego byłam trochę zagubiona. Ja tu oczekiwałam nie wiadomo jakich fajerwerków, a tu taka ledwo ciepła jajecznica. Pomyślałam sobie, że najwyraźniej z opowiadaniami jest mi nie po drodze. Ale w końcu, w miarę czytania, dotarło do mnie o co w tych opowiadaniach Cheevera chodzi.

Cheever pisze o klasie średniej - aspirującej. W każdej historii bierze tych ciężko pracujących, porządnych ludzi i każe im zmierzyć się z ich największym strachem - obawą przed upadkiem moralnym, przed wypadnięciem ze społecznego mainstreamu.

Johnny Hake z Włamywacza z Shady Hill znajduje się nagle w tarapatach finansowych, przez co postanawia zwinąć coś z domu bogatego znajomego. I wtedy w swoim własnym mniemaniu stacza się na dno.

W 'Miłosnej balladzie' mamy kobietę w stylu głównej bohaterki Śniadania u Tiffany'ego, której główny bohater opowiadania próbuje unikać, żeby go przypadkiem nie zaraziła tą cała śmiercią, chorobą, rują i poróbstwem, które ją otacza.

'Państwo Hartley' to moje ulubione opowiadanie w tym zbiorku ze względu na swoje zakończenie, które daje czytelnikowi po pysku zupełnie z zaskoczenia. To historia pana i pani Hartley, którzy bardzo się starają uchodzić za porządną i normalną rodzinę.

W zbiorku znajdziecie też cyniczną odę do Nowego Jorku pt. 'Miasto pogrzebanych nadziei'.

Będę czytać więcej Cheevera, bo bardzo mi się podoba jak kopie on tych wszystkich dobrych i porządnych ludzi dokładnie tam gdzie boli. A jeżeli i Wy lubicie ponaigrywać się z tych pięknych jak z obrazka amerykańskich rodzin z lat 50., to polecam.

Wednesday, 2 April 2014

Vendela Vida – The Lovers

Vendela Vida, znana również jako żona Dave’a Eggersa, napisała książkę o Yvonne, wdowie która wyjeżdża w sentymentalną podróż do Turcji, aby wspominać i opłakiwać swojego męża. Celem wyprawy jest datca, gdzie lata temu para spędziła swój miesiąc poślubny. 

Jako że Turcja jest takim miejscem, "gdzie archeologowie przyjechali i ze zdumieniem odkryli całe miasta dokładnie takimi jakimi były kiedyś", Yvonne oczekuje, że zastanie wszystko w nienaruszonym stanie i w takiej scenerii będzie mogła sobie odtworzyć szczęśliwe momenty z początku swojego małżeństwa. Myśli, że to pomoże jej w zakończyć żałobę, bo póki co niezbyt dobrze jej to wychodzi. Niestety, miasto do którego przyjeźdża to ledwie cień miasta, którym Datca kiedyś była. Miasto zamieniło się w ruinę i jego dawny splendor to kolejna rzecz, która Yvonne będzie musiała opłakać.

Pierwsza połowa książki to przydługie monologi wewnętrzne pełne różnych trywialnych obserwacji, ktore musimy zdzierżyć czekając aż żałoba Yvonne przybierze jakiś konkretniejszy kształt. Czytamy sobie zatem różne takie pierdolety:

„Nie ma nic smutniejszego, pomyślała Yvonne, niż oglądanie bielizny starego mężczyzny.”

Serio? Nie ma nic smutniejszego? A na przykład mordowanie małych foczek?

„Przeszła się w tę i z powrotem, ciesząc się odgłosem jaki wydawały jej sandałki stukające o kafelki. Odgłos elegancji, pomyślała. Odgłos kobiety szykującej się na przyjęcie.”

I tak dalej w ten deseń. To jak być uwięzionym w głowie kogoś niesłychanie nudnego. Niemniej jednak, da się to jakoś czytać, jeżeli pominie się milczeniem dziwności takie jak:

„Podniosła dłonie do twarzy i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że płacze.”

Już kilka razy coś takiego widziałam w książkach i zawsze mnie to strasznie ciekawi. Jak można nie wiedzieć, że się płacze? Ma się sparaliżowaną całą twarz i oczy i zero czucia? Czy kiedykolwiek taka sytuacja przydarzyła się komuś w prawdziwym świecie?
Pośród tych grafomańskich wybryków dowiadujemy się więcej o Yvonne, jej dzieciach i jej mężu. Jesteśmy też świadkami jej rodzącej się przyjaźni z byłą żoną jej tureckiego gospodarza oraz z małym tureckim chłopcem, który sprzedaje muszelki na plaży. Jedna z tych znajomości posłuży jako bardzo potrzebny katalizator służący wypchnięciu tej książki z fabularnej mielizny. Od tego momentu powieść się robi trochę surrealistyczna. Lepka, duszna i ciemna. Emocje robią się jakby autentyczniejsze i styl też już nie jest tak bardzo 'sankami po betonie'. Wydarzenia nabierają rozmachu i pędzą w stronę nieco naciąganego finału.

Nie zakochałam się w tych 'Kochankach' i myślę, że ta książka i ja nie jesteśmy sobie przeznaczone. Aczkolwiek ta książka powinna przypaść do gustu fanom szczegółowych introspekcji dokonywanych w egzotycznych okolicznościach przyrody. Z tego co wiem jest to specjalność Vendeli Vidy.

Monday, 10 March 2014

Jennifer Egan - Zanim dopadnie nas czas

Im jestem starsza tym bardziej cyniczna i rzadziej zdarza mi się zachwycić książką tak zupełnie bezkrytycznie. Zachłysnąć tak wręcz. Ostatni raz tak się ekscytowałam książką jakby to Jezus ponownie zstąpił na Ziemię przy okazji czytania 'Evening is the Whole Day', a było to już naprawdę jakiś czas temu. Może jestem zblazowana, a może czytam nie te książki.

Na szczęście raz na jakiś czas trafia mi się książka jak ta którą tu będę recenzować, która wybija mnie z tego marazmu i udowadnia, że jeszcze mnie stać na dziecięcy zachwyt.

Inną rzeczą, którą ta książka udowadnia to to, że można wydać bestsellerowy zbiór opowiadań, pod warunkiem, że uda się, że to powieść. Czytelnicy to kupią. Opowiadania wydają się idealnie wpasowywać w nasze zabiegane życia i deficyt uwagi. Jednak z jakiegoś powodu spychane są one na obrzeża świata literackiego. Za opowiadaniami już tylko poezja. Uprzedzenie zupełnie niewytłumaczalne, bo jak widać odpowiednio opakowane opowiadania (piękna aliteracja) mogą się sprzedawać jak świeże bułeczki. Bo 'Zanim dopadnie nas czas' to tak naprawdę zbiór luźno powiązanych epizodów, które mogłyby być (i zresztą były) opublikowane indywidualnie.

Urok tej książki polega na tym jak opowiada o upływie czasu i o starzeniu się. O tym jak ludzie z głównych bohaterów stają się jakimiś trzecioplanowymi postaciami, którym poświęca się co najwyżej dwie linijki. Wszyscy wiemy, że taka jest kolej rzeczy, ale wolimy o tym nie myśleć.
Egan opowiada o nieuniknionym w delikatny sposób przez co jest to książka melancholijna i słodko-gorzka.

Jest to również książka o rock'n'rollu, bo muzyka, jak wiadomo, jest jedną z tych rzeczy, które były lepsze gdy byliśmy młodsi. Oczywiście 'teraz' muzyka to już nie to samo co 'kiedyś'.

Nie ważne  ile sukcesów ma postać na koncie, w końcu i tak zostanie zepchnięta na drugi tor, gdzie będzie głównie rozpamiętywać minione chwile. To jest 'morał' tej książki. Ale mimo wszystko nie pozostawia nas bez nadziei. Egan używa prześlicznej metafory pauz w rockowych piosenkach. Gdy już myślisz, że piosenka się skończyła to wraca ona nagle na swoje ostatnie kilka triumfalnych sekund.

Spotkałam się z kilkoma negatywnymi recenzjami 'Zanim dopadnie nas czas' i chociaż rozumiem zarzuty, to jednak dla mnie ta książka to, to. Była tak boleśnie prawdziwa, że mogę tylko wzdychać z dwóch powodów:
a) wszyscy umrzemy
b) nigdy nie uda mi się napisać czegoś tak fajnego

Czas to zbir, a życie to dziwka, co?*

*- Oryginalny tytuł tej książki to 'A Visit from the Goon Squad', czyli 'Wizyta bandy zbirów'. Tytuł odnosi się do jednego zdania w książce, w którym to czas jest nazwany zbirem.



Friday, 7 February 2014

Mark Sarvas - Harry, Revised

Mark Sarvas jest (albo raczej był) blogerem piszącym o książkach (http://marksarvas.blogs.com/). Jak ty i ja. A potem postanowił napisać powieść. Jeżeli wejdziesz teraz na jego bloga to dowiesz się, że jest na nim tak cicho, bo Sarvas pisze powieści teraz. Jest to wielka, wielka szkoda, bo tak jak jego blog był naprawdę ceniony i ogólnie poważany, tak jego powieść to niemal zupełna pomyłka. Okazuje się, że nie wszyscy dobrzy blogerzy mogą pisać dobre książki. Tak samo zresztą jak nie wszyscy czytelnicy (nawet ci pochłaniający po 100 książek rocznie) niekoniecznie potrafią o tych książkach pisać (ale o tym będzie w innej notce, w której znów będę szydzić, ale też i chwalić trochę dla odmiany).

Wracając do ‘Harry Revised’. Oto co było nie tak z tą książką. W punktach.
1)    Sarvas uwielbia pisać zdania.
Zachowuje się jakby właśnie odkrył w sobie tę magiczną umiejętność i teraz nie może przestać. Tak się chłopak ekscytuje tymi zdaniami, które pisze, że często zapomina, że pisze książkę. Jego biedny główny bohater Harry jest główną ofiarą tej grafomanii, i przez to często odczuwa ‘ukłucia żalu’, ‘zazdrości’, ‘irytacji’, ‘złości’, później czuje też ‘fale’ tych wszystkich wcześniej wymienionych uczuć. W końcu, gdy zbliżamy się punktu kulminacyjnego powieści Harry zostaje zaatakowany przez ‘tsunami’ (sic!) czegoś, smutku lub żalu.

2)    Główny bohater jest pół-idiotą, po to aby Sarvas jako narrator mógł być zabawny oraz prezentować niesłychanie elokwentnie w porównaniu. W ten sposób Sarvas zapędził się trochę w kozi róg. Z jednej strony chciałby używać tych wszystkich swoich niezwykle błyskotliwych aluzji literackich, ale z drugiej strony jego bohater jest pół-analfabetą. Co tu zrobić? Aha! Są przecież bryki i komiksy! Tak więc Harry nie myśli o książce Hrabia Monte Christo, on myśli o komiksie. I jako, że jest średnio bystry to nie może sobie przypomnieć sobie imienia ukochanej Dantesa, ale jest przekonany, że była to jakaś marka samochodu. Jezu, nie wiem. Spróbuj Toyota. Tu chciałam zauważyć, że Harry jest radiologiem, więc jakieś wyższe wykształcenie ma. Oprócz tego udało mi się skłonić do małżeństwa wspaniałą, bogatą, mądrą i piękną kobietę, która czyta Panią Bovary i chodzi na zajęcia spinningu. Jak to jest możliwe? Harry nawet nie wie kim był D’Artagnan (a powinien, przecież była kreskówka).

3)    Oprócz przygłupiego i przybrzydkiego Harry’ego i jego mądrej, pięknej żony występuje w książce cała plejada karykaturalnych bohaterów. Na przykład polska prostytutka, tak zblazowana, że piłuje sobie paznokcie podczas gdy policja ją legitymuje, szalony i bardzo entuzjastyczny instruktor fitnessu, wielbiony przez swoje klientki, znudzona sprzedawczymi, której nie chce się nawet głowy podnieść, gdy klient zadaje jakieś pytanie, chiński jubiler, który się cały czas uśmiecha, a tak naprawę jest chytry, skąpy i przebiegły (i oczywiście zupełnie nie ogarnia angielskiej gramatyki, jak każdy obcokrajowiec w tej książce, bez względu na to jak długo by mieszkał w USA), rodzice żony Harryego, bogaci, sztywni i nadęci do tego stopnia, że przy nich rodzice z ‘Poznaj mojego tatę’ wydają się niemal autentyczni. I tak dalej i tak dalej.

Za tym całym niesłychanym bałaganem kryje się nie taka zła książka, z raczej ujmującym bohaterem, któremu umarła żona, i który nie wie jak sobie z tym poradzić. Sarvas, marsz do pokoju i napisz to jeszcze raz lepiej!

Monday, 13 January 2014

S.F. Aaron & Wayne Whipple - Radio Boy Cronies

Dobry wieczór, witam w kolejnej części mojego projektu Projektu Gutenberg, w którym staram się przeczytać wszystkie książki dostępne za darmo na stronie Gutenberg Project. Zamierzam czytać je w kolejności alfabetycznej, jak również zamierzam żyć wiecznie, aby wykonać to zadanie.

Ta książeczka była o chłopcach i dziewczętach, którzy słuchają wykładów o Edisonie i tak się nimi ekscytują, że w inżynieryjnym amoku budują tamę, małą elektrownię i radio.

Co jest szczególnie interesujące w tej książce (wydanej w 1922) to to jak neutralna płciowo jest (albo używając aktualnie modnej terminologi 'dżenderowa'). Dziewczynki i chłopcy postanawiają zbudować radio i obu drużynom się to udaje. Dziewczynki dyskutują z chłopcami, kwestionują ich umiejętności lub wiedzę i często wygrywają. Chciałabym, żeby współcześni pisarze zrobili sobie notatki na ten temat, bo mam dość tych bezradnych bohaterek zainteresowanych jedynie tym co migocze na słońcu.

Książka też opowiada o Edisonie, ale jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej o Edisonie, to, podejrzewam, istnieją lepsze źródła.

Poza tym, ta powiastka nie ma szczególnej wartości literackiej. Troche zalatuję moralizatorstwem, a element komiczny występował jedynie w postaci grubej dziewczynki Skeets, która pojawiała się w narracji jedynie po to aby coś przewrócić lub o coś się potknąć. Zdarzyło jej się to chyba z 50 razy w ciągu tej historii i nie było to ani zabawne, ani sensowne.

Koniec końców - nieszczególnie dobrze napisana książka, której jednak prawie udaje się nie być rasistowską ani seksistowską.

Nie przełączajcie odbiorników - w następnym odcinku projektu Projektu Gutenberg będę mówić Alexandrze Aaronsohnie i jego książce: 'Z Turkami w Palestynie' i czuję, że bedzie to niezły numer.

Thursday, 26 December 2013

Nora Roberts - Książyc nad Karoliną

Ta książka była tak zła i głupia, że właściwie miałam sobie nie zawracać głowy recenzowaniem jej. Jednak jest we mnie jakiś obowiązek kronikarski lub inna nerwica natręctw, która każe mi recenzować wszystkie książki, również te, do których czytania w ogóle nie powinnam się przyznawać.


Na początku chciałam wyjaśnić jedną rzecz. To nie jest tak, że ja nie cierpię literatury popularnej. Bynajmniej! Padam w ramiona tanim czytadłom. Udaję, że nie widzę dziurawej fabuły, anachronizmów czy innej tandety. Nawet przełknę bardzo nędzny warsztat. I wszystko to składam na ołtarzu boga rozrywki.

I jeżeli ja poświęcam się tak dalece, a autor w zamian nie dostarcza mi rozrywki, to naprawdę strasznie się wkurzam.

Jakiś czas temu miałam taki genialny pomysł, że ściągnę sobie jakiegoś prostego, ekscytującego audiobooka i będę go słuchać pocąc się na bieżni. Był to pomysł genialny w swojej prostocie i wszystko by się udało świetnie, gdyby nie to, że wybrałam sobie to okropieństwo do słuchania.

W opisie było wszystko: morderstwa, gwałty, romans, paranormalne zjawiska... Rozrywki powinno być aż nadto...

A powiem Wam tak - fragmenty dotyczące ekologicznych upraw żywności były najbardziej ekscytujące w całej tej powieści.

Roberts próbuje tu stworzyć kryminalną intrygę i są to próby śmieszne i żałosne. Nic się nie dzieje. Nie ma żadnych poszlak, żadnych prób rozwiązania zagadki, żadnego postępu. Przez całą książkę nikt nie wie, KTO to zrobił, aż na kilku ostatnich stronach tajemnica zostaje wyjawiona.


Można pomyśleć w takim razie, że to romans ciągnie fabułę do przodu i jest siłą książki.

Niestety, bohater jest idiotą, a jego sposób na zdobycie serca bohaterki to niezmordowane zawracanie jej głowy. Co okazuję się być skuteczną techniką w przypadku tej konkretnej bohaterki, bo ona również jej idiotką.

Nie było tu żadnego konfliktu, żadnego rosnącego napięcia ani ostatecznego rozładowania tego napięcia. Szło to mniej więcej tak:

On: Bądź moją!
Ona: Nie
On: Dlaczego nie?
Ona: Eee, nie wiem...
On: Więc bądź moją!
Ona: Ok.
On: Kocham cię!
Ona: Ja ciebie też. Ożeń się ze mną!
On: Spoko

Widziałam sprzęty kuchenne między którymi było więcej chemii.

W dodatku, wszystko, zupełnie wszystko w tej książce było jednym wielkim stekiem banałów i stereotypów. Każda postać, każda scena, każdy opis, każdy 'zwrot' akcji (i używam tu słowa 'zwrot' w bardzo naciąganym sensie, jako że prawdziwych zwrotów akcji w tej powieści nie było). I wiem, że mówiłam, że łykam te banały bez popitki w literaturze popularnej, ale na miłość boską, wszystko ma swoje granice!

Z pewnością nie pomogło, że wszystkie te banały były mi sączone monotonnym głosem prosto do ucha.

Nic mnie nie obchodzili bohaterowie tej książki, i gdyby ten szalony morderca pozabijał ich wszystkich, to bym nawet nie mrugnęła.

Musiałam przechodzić przez te tortury za każdym razem gdy szłam na siłownię, ponieważ jestem nienormalna i muszę skończyć każdą książkę, którą zacznę.

Życzę tej powieści wszystkiego co najgorsze! A wiecie co jeszcze? Ktoś zupełnie niespełna rozumu nakręcił na jej podstawie film telewizyjny. Możecie go sobie zobaczyć na youtube i to nawet z napisami (http://www.youtube.com/watch?v=BaHs45bJWw0). Film ma tę przewage nad książką, że występuje w nim Oliver Hudson bez koszulki.

Bez sensu ta recenzja. Przepraszam. Ale jestem tak bardzo, bardzo zła.

Saturday, 28 September 2013

David Ward - Between Two Ends

'Between Two Ends' opiera się na jednym z najbardziej przez dzieci ukochanych motywów - o przeniesiu się do środka historii, którą czytają. Nic chyba nie ekscytuje małych moli książkowych bardziej niż taka ewentualność. Coś o tym wiem - byłam kiedyś takim małym molem książkowym.


Yeats (tak, jest bardzo wiele poetyckich aluzji w tej książce) wpada niechcący do środka Baśni z 1001 nocy. Właściwie nie chciałabym mówić nic więcej na ten temat, bo Ward prowadzi fabułę w niesłychanie udany sposób, że niepotrzebnie bym tylko zepsuła przyjemność ewentualnym czytelnikom. Lepiej wejść do tajemniczego domu Babci w ten sam sposób, w który wchodzi do niego mały Yeats - nie wiedząc, oprócz tego, że coś jest jakby nie tak.


Ta książeczka zawiera wszystkie potrzebne elementy dobrej książki przygotowej dla dzieci i wszyscy mali (i może ci trochę więksi) fani Atramentowego serca lub Niekończącej się historii powinni być zadowoleni.

Znalazłam kilka niespójności dotyczących stworzonego przez autora świata i życzyłabym sobie, żeby postaci były bardziej dopracowane - Yeats to jednak nie Harry Potter. Ale pomijając te uwagi, była to całkiem przyjemna książeczka, więc zakupcie sobie jakieś bliskowschodnie smakołyki, rozsiądźcie się wygodnie i dajcie się ponieść i przenieść.

Friday, 23 August 2013

Julia Quinn - Mój książę

Proszę – Od ‘Procesu’ Kafki do ‘Mój książę’ na jednym niemal oddechu. Tak to już na tym blogu będzie.

‘Mój książe’ opiera się na chyba najbardziej ukochanym przez pisarzy romansów i scenarzystów komedii romantycznych motywie – związku na niby. Z tego czy innego wydumanego powodu dwoje ludzi musi przed światem udawać, że są w sobie zakochani, i oczywiście ostatecznie, ku swojemu wielkiemu zażenowaniu, zakochują się w sobie naprawdę. Niestety w prawdziwym życiu nic takiego się nie dzieje. To znaczy ta część w której bohaterowie się zakochują w sobie, bo związki na niby oczywiście się zdarzają. I zazwyczaj chodzi w nich o duże sumy pieniędzy i paszport.

(Uwaga, będę zdradzać fabułę. Trochę)

Pomimo tego raczej nierealistycznego założenia jest w ‘Moim księciu’ lekcja życia. Nasza bohaterka Daphne zakochuje się w tym swoim na niby narzeczonym – Simonie, Księciu Hastings. Simonowi Daphne też podoba, ale Simon postanowił sobie, że nigdy się nie ożeni i nie będzie miał dzieci. I tak, drogie Pani, wiadomo, że taka sytuacja wielu z nas się przydarzyła. I co wtedy robimy?
Robimy bez sensu. Myślimy tak jak Daphne myślała:
„I pomyślała – co jeżeli go pocałuje? Co jeżeli zaciągnie go do ogrodu, uniesie głowe i pozwoli by jego usta dotknęły jej ust? Czy zrozumie wtedy jak bardzo ona go kocha? I jak bardzo on mógłby ją z czasem pokochać? I może, może zrozumiałby jak bardzo ona go uszczęśliwia.”
No i co bohaterka zrobiła? Pocałowała go i było bardzo fajnie, ale, wyobraźcie wcale nie zadziałało to tak jak Daphne sobie wyobrażała. Simon nie padł na kolana i się jej z marszu nie oświadczył.
I tutaj Daphne zmieniła taktykę. Chcecie się dowiedzieć jak to się robi?
A no tak. Na początek potrzebny wam brat, albo w razie braku brata, ojciec lub chociaż kolega, ważne, żeby posiadał broń palną. Potem wasz kolega lub krewny musi wymierzyć w waszego wybranka z tej broni palnej, mówiąc mu, że albo się z tobą ożeni albo zostanie zastrzelony. Na początku, Książe (jak każdy inny racjonalnie myślący mężczyzna) wybierze śmierć ale Daphne jest w stanie go przekonać, że nie warto za taką sprawę umierać (i wam na pewno to też się uda). Ostatecznie, jeżeli macie tyle szczęścia co Daphne, uda wam się osiągnąć z Księciem kompromis taki, że tak, Książe się z wami ożeni, ale żadnych dzieci. Zgódź się na to. Wszystko w swoim czasie.

Kilka miesięcy później, gdy będziesz już Księżną z majątkami rozsianymi po całej Anglii i pięknym mężem u boku, który w dodatku jest istnym bogiem seksu, aczkolwiek zdaje się stosować stosunek przerywany. Oczywiście, że jest to forma antykoncepcji już każda współczesna czytelniczka wie, ale Daphne w swojej niewinności potrzebuje dobrych 60 stron, żeby zrozumieć wszystkie techniczne zagadnienia robienia dzieci. Ale jak już tylko doznaje w tej kwesti olśnienia to dalej się nie daje wodzić za nos.

Tak się robi dzieci a la Daphne. Najpierw zezłoście tego swojego pięknego męża, żeby poszedł się upić w trupa. Gdy wróci do domu kompletnie zalany połóżcie go do łóżka i czekajcie. Ten punkt programu jest niesłychanie ważny, bo musicie dobrze wycelować, musi być wystarczająco trzeźwy, żeby, ekhm, stanąć na wysokości zadania, ale jednocześnie też wystarczająco pijany, żeby dało się go wykorzystać. Jak już ocenicie, że nadszedł ten moment to wskakujcie na męża i rodeo (można poćwiczyć na tych bykach w wesołych miasteczkach, bo mąż niechcący mieć dzieci może trochę wierzgać). I wierzcie lub nie, ale dzięki temu wszystkiego będzie on was kochał szalenie póki śmierć was nie rozłączy i  będziecie żyć długo i szczęśliwie. Zaufajcie mi! I jeżeli myślicie, że to wszystko zmyśliłam, to wiedzcie, że nie. To wszystko było w tej książce.

Saturday, 10 August 2013

Sherry Thomas - His At Night

Mam do romansów Sherry Thomas niewytłumaczalną słabość. Nigdy ich nie zaczynam nawet czytać, jeśli mam jakieś obowiązki, bo dzień mogę spisać na straty. Nie wiem jak ona to robi ta Sherry, bo naprawdę żadne inne romanse nie wywierają na mnie aż takiego wpływu.

Każdy romans potrzebuje 'przeszkody'. Oczywiście bohaterowie są sobie przeznaczeni, ale coś ich powstrzymuje od połączenia się w szczęściu i miłości - jakieś nieporozumienie lub jakiś mroczny sekret, na przykład.



Pierwszą rzeczą, którą należy wymyślić, gdy przystępuje się do pisania romansów, jest właśnie ta przeszkoda. Sherry Thomas w 'His At Night' wymyśliła tak: niech główny bohater będzie bardzo mądry i przystojny, ale niech udaje kretyna, bo jest tajnym agentem Jej Królewskiej Mości i bycie kretynem jest jego 'przykrywką'. A teraz bohaterka niech będzie mądrą dziewczyną zbulwersowaną tym że Lord Vere jest głupi jak cielę, ale też ku swojemu przerażeniu odkrywającą, że ten przygłup ją w jakiś sposób pociąga. No bo, wiecie, ma kaloryfer na brzuchu i duże przyrodzenie (co odkryła, gdy niechcący mu usiadła na kolanach). To jest właśnie coś takiego, co często mi się przydarza, więc od razu się z bohaterką mogłam identyfikować. Też dawałam tym wszystkim kretynom szansę, bo nigdy nie wiadomo, może byli oni tajnym agentami. Niestety, za każdym razem okazywało się, że byli oni zupełnie autentycznymi idiotami.

Sherry Thomas odkryłam na forum, które założyła moja koleżanka, by ćwiczyć tzw. Doradztwo czytelnicze (z którego to robiła kurs podyplomowy - tak, takie rzeczy w Ameryce można studiować) i ja tam zamieściłam opis idealnego romansu jaki bym chciałam przeczytać. I tak właśnie zarekomendowano mi Sherry Thomas. Od tamtej pory ja i Sherry żyjemy już długo i szczęśliwie. (Niestety jak na autorkę romansów Sherry jest mało płodna i zaraz mi się skończą jej książki, a bardzo je oszczędzam).

Tuesday, 22 January 2013

Saul Bellow - Herzog

Ależ walczyłam z tą książką! Się schodziliśmy i rozchodziliśmy niczym para w operze mydlanej. Na koniec mój egzemplarz był zupełnie powycierany, pozagniatany, ponaddzierany i poplamiony, ale jak się mówi po angielsku: you should see the other guy, czyli mnie. Byłam jeszcze bardziej powycierana i pognieciona.

Jestem raczej rozdarta jeśli chodzi o tę książkę. Czy była to poczęstokroć droga przez mękę? Czy zasypiałam często po jednej czy dwóch stronach? Czy nie marzyłam o tym, żeby czytać coś innego, coś w którym coś się działo, jak np. 'Ryzykowne rozkosze'? Tak, odpowiedź brzmi tak.

Ale też, czy czytałam Herzoga z ołówkiem w ręcę, co i rusz coś podkreślając, żeby móc później sobie wkleić na facebooka i dostać mnóstwo lajków? Czy uważam, że pierwsze zdanie: "Jeżeli jestem szalony, to niech i tak będzie, myślał Moses Herzog" ("If I am out of my mind, it's all right with me, thought Moses Herzog")* jest jednym z najlepszych zdań otwierająch powieść, które dane mi było przeczytać? Czy książka jest prześwietnie napisana i chciałabym do niej wrócić, chociaż po parę stron tu i tu? Czy podziwiam Bellowa za to, że nawijał przez 300 stron o niczym właściwie a i tak ludziom od tego skarpetki spadają? Tak, po stokroć, tak.

Czy uważam, że Bellow użył tej książki, żeby popisać się swoją erudycją i elokwencją? Jak to się zdarzało i innym autorom (o tobię mówię, Cortazar). Tak, znowu tak. Jak widzicie, schizofrenii dostaję.

I cieszę się, że tą książkę przeczytałam, mimo że przez te tygodnie kiedy mi towarzyszyła spałam po dziesięć godzin dziennie czasem, tak skuteczna była. Trzeba po niej natychmiast coś głupiego przeczytać.

Jeśli byście chcieli wiedzieć o czym właściwie jest Herzog to jest on o tym, co zwykle - facet w średnim wieku, po nieudanych związkach, siedzi sobie i rozdrapuje.

* Nie mam polskiej wersji, więc koślawe tłumaczenie moje własne. Bardzo chętnie się dowiem jak to zostało przetłumaczone oficjalnie, jeśli ktoś ma, to niech będzie tak miły i mi napisze w komentarzach.

Wednesday, 5 December 2012

Qiu Xiaolong - Red Mandarin Dress

Qiu Xiaolong pisze kryminały z Inspektorem Chenem w roli głównej. Red Mandarin Dress nie zostało przetłumaczone na polski, ale dwie inne zostały ('Tancerka Mao' i 'Śmierć czerwonej bohaterki') i wszystko wskazuje na to, że są lepsze od Red Mandarin Dress, zatem nic nie tracicie.

Ostatecznie oceniłam tę książkę na jakieś trzy gwiazdki, dość wysoko, biorąc pod uwagę fakt, że gdy zaczęłam czytać, moja pierwsza reakcja była taka: co to za kupa?

Widać robię się łagodniejsza z wiekiem.

Po pierwsze, miał to być thriller, a nic się nie działo! Qiu Xialong tylko rozwodził się nad pracą magisterską, czy doktorską Inspektora dotyczącą chińskiej literatury. Z detalami! Ostatecznie pewne archetypy obecne w chińskiej literaturze zostały powiązane ze sprawą morderstwa, i muszę powiedzieć, że było to ostro naciągane - próbować odnaleźć mordercę poprzez studiowanie literatury... Qui Xiaolong to nie Umberto Eco.

Pewnie myślicie, że skoro autor jest taki wyedukowany literacko to proza będzie najwyższych lotów, a nie typowe thrillerowe grafomaństwo. Nic bardziej mylnego jednak. Qiu Xiaolong postanowił przedstawić nam Chiny i wszystko co chińskie przez usta swoich bohaterów, więc ci biedni panowie i panie muszą prowadzić ze sobą niekończące się rozmowy o Chinach i chińskiej kulturze, żeby się zgadzać z samymi sobą na temat różnych ogólnych prawd. Przedziwne to było.

Kolejną rzeczą, której się dowiedziałam z tej książki, to to, że wszyscy Chińczycy nieustannie cytują Konfucjusza i tradycyjne chińskie wiersze. Cały czas! Na każdej stronie. Szczególnie prostytutki i odźwierni. Mam jedną koleżankę Chinkę i ona nigdy nic nie cytuje, więc czuję się oszukana. Ona pewnie nawet nie jest z Chin, pewnie jest z Birmingham.

Poza tym, książka była do bólu przewidywalna. Byłam jakieś 70 stron przed Inspektorem Chanem, i miałam ochotę go trzasnąć wielokrotnie, albo chociaż powiedzieć mu, żeby się skupił i pomyślał, a ja pójdę sobie zrobić herbatę.

Za co więc te trzy gwiazdki?

A no nie wiem. Złagodniałam.

Friday, 30 November 2012

John Irving - Hotel New Hampshire

Wyjątkowo muszę pochwalić polską okładkę, tj. tę którą tutaj zamieszczam, wznowione wydanie nie jest tak ładne, ale wpisuje się w ogólnoświatowy trend wydawania Irvinga w tragicznych okładkach wedle maksymy, że nie szata czyni człowieka (i nie okładka książkę). Gdy czytałam tę książkę po angielsku musiałam sobie zamówić jakieś rzadsze amerykańskie wydanie, które miało w miarę przyzwoitą okładkę.

Zawsze coś tam słyszałam o Hotelu New Hampshire. Tak jak inni. Gdy wiele już lat temu wyjeżdżałam na rok właśnie do New Hampshire, ta książka, jak i film na jej podstawie był jedynym skojarzeniem, żyjącym w świadomości wszystkich moich znajomych. Oczywiście ja nie miałam pojęcia o czym właściwie Hotel New Hampshire traktuje i nie wiadomo dlaczego wyobrażałam sobie jakąś dziwną mieszkankę Hitchcocka i Ostatniego tanga w Paryżu. Tak, no to wyobraźcie sobie moje zaskoczenia. Książka jest głównie o niedźwiedziu.

Myślę, że Irving nie dostanie ode mnie pięciu gwiazdek, mimo tego, że świetnie opowiada historie, a to powinno być celem każdego pisarza - opowiedzieć dobrą historię. Wszyscy ci pisarze, którzy mają zupełnie inne ukryte cele powinni pomyśleć o zmianie zawodu. Pisanie powieści to opowiadanie historii, i to właśnie Irving robi wspaniale, więc gratulacje. Nigdy nie wiadomo, czy jego powieści się bardziej skupiają na fabule, czy na postaciach, bo obydwu poświęca wystarczająco uwagi, dzięki czemu i opowieść i postacie rozwijają się razem w miarę czytania.

Jak prawdziwy gawędziarz, Irving kluczy i popada w dygresje, dygresje od dygresji, dygresji, dygresji... Zupełnie mi to nie przeszkadzało w Hotelu New Hampshire (aczkolwiek trochę denerwowało w Modlitwie za Owena). Mój jedyny problem z Irvingiem i powód dla którego pewnie nigdy nie dostanie ode mnie pięciu gwiazdek jest jego tandetny symbolizm. Nie mam problemu z wszelkimi niewiarygodnymi wydarzeniami, pod warunkiem że nie istnieją one w książce jedynie po to, żeby coś symbolizować. To są tanie sztuczki, panie Irving. I czasem nie wiem. Czy Irving jest naprawdę znakomitym pisarzem, czy tylko znakomicie odgrzewa te same kotlety, tak że w ogóle się nie orientuję?

Tuesday, 27 November 2012

Walter Mosley - Fortunate Son

Walter Mosley jest autorem poczytnych kryminałów. Nawet ze dwa przetłumaczono na polski. Nie czytałam żadnego, ale ludzie którzy lubią amerykańskie kryminały gdzie trup się ściele gęsto sobie chwalą Mosley'a.
Tym razem jednak autor postanowił napisać coś ambitniejszego - powieść obyczajową. I wyszła z tego zupełna katastrofa. Nie chce mi się wierzyć, że w ogóle ktoś to potraktował na poważnie. Nie mam już egzemplarza tego dzieła, bo go dawno spieniężyłam, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że można znaleźć na sieci blogi o książkach z wampirami napisane lepszym stylem.

Historia była jeszcze tyle o ile interesująca, niestety natura pisarza kryminałów wzięła w Mosley'm górę i za każdym razem gdy docierał on do jakiegoś zakrętu fabularnego, zabijał jednego z bohaterów, że akcję popchnąć do przodu. Generalnie w książce chodzi o to, że są w niej dwaj bracia przyrodni, czarny i biały, rozdzieleni za młodu, jednemu się wiedzie, drugiemu nie (zgadnijcie któremu), po drodze ludzie dookoła padają jak muchy, a na końcu, zdaje się, że się okazuje, że pieniądze jednak szczęścia nie dają. Czytając miałam wrażenie, że trafił mi się maszynopis wysłany do wydawcy przez pełnego nadziei czternastolatka.

Wydaje mi się, że na okładce był jakiś cytat kogoś z Guardiana, który mówił, że sądząc po tej jednej książce tylko, trzeba uznać Mosley'a za jednego z najlepszych powieściopisarzy naszych czasów. Opluć się można. Pozostaje nam czytać klasyków.

Tuesday, 20 November 2012

Lalita Tademy - Cane River

Problem z książkami, których autorzy są ludźmi nie zajmujący się wcześniej pisaniem lub literaturą, a postanowili spisać historię swojej rodziny, jest taki, że zazwyczaj są to książki bardzo złe. W erze przed-kindlowej były to książki wydawane przez tak zwane vanity presses. Autor pokrywał całość kosztów związanych z ich produkcją i dostawał pudła wypełnione egzemplarzami swojego dzieła, które najcześciej rozdawał znajomym i kuzynom, a reszta gniła w garażu.

Tak więc podeszłam ostrożnie do tej książki, szczególnie, że była to również książka z Oprah's Book Club, to też obawiałam się dużej zawartości pitu pitu o sile kobiet i takich tam.

I muszę powiedzieć, jak to zauważyłam wielu blogerów książkowych 'elegenacko' ujmuje - 'pozytywnie się rozczarowałam'. Wesoło się zasmuciłam i nieszczęśliwie ucieszyłam. 'Caner River' to nie jest zła książka. Pani Tademy nie stała się dla mnie natychmiastową kandydatką do literackiej nagrody Nobla, ale nie czuję, że czytanie historii jej rodziny to była strata czasu. Najbardziej podobało się to, że nie próbuje na siłę idealizować swoich bohaterek, co może się bardzo łatwo pisarzowi przytrafić, gdy pisze on o swoich dzielnych przodkach. Za to dostała jeden punkt. Kolejne trzy za ciekawą historię i wiele interesujach spostrzeżeń na temat życia na głębokim Południu USA w czasach niewolnictwa i zaraz po zakończeniu Wojny Secesyjnej. Wydaje się, że autorka porządnie odrobiła pracę domową z realiów epoki, więc mam nadzieję, że moja wizja tych czasów jest teraz w miarę wierna prawdzie historycznej.

Thursday, 8 November 2012

Ann Packer - Songs Without Words

Z początku bardzo mi się nie podobała ta książka, później nagle mi się spodobała, żeby koniec końców pozostawić mnie obojętną.

Była to powieść celowo pozbawiona fabuły, i czasem zdawało to egzamin, a czasem nie. Przez pierwsze sto stron zastanawiałam się, czy w ogóle kiedykolwiek coś się stanie. Jak się okazało, pierwsza połowa książki była wstępem do jedynego w całej książce wydarzenia, a druga część opisywała skutki tego to wydarzenia.

'Songs Without Words' jest to bardzo drobiazgowe studium tego jak ludzie zbliżają się do siebie, oddalają i znów zbliżają. Niektóre akapity były naprawdę zaskakująco głębokie i trafne, inne z kolei były żenująco tandetne i pasowałyby bardziej do jakiegoś romansu, w którym narrator opowiada przez dwie strony, kto jakiego koloru miał oczy.

Narracja była trzecioosobowa, ale punkt widzenia zmieniał się co i rusz, czasem tak drastycznie, że przez chwilę nie mogłam się połapać, w czyjej głowie siedzę.

Ogólnie rzecz biorąc jest to historia przyjaźni dwóch kobiet i tego jak bardzo skomplikowana potrafi ona być. Mnie jednak bardzie interesowała poboczna historia córki jednej z nich, która to historia została użyta jako katalizator dla głównego wątku.

Polecam 'Songs Without Words' wszystkim tym, których interesuje skrupulatna analiza smutku i depresji oraz opisy różnych ludzi jedzących śniadanie.