Wednesday, 28 October 2015

Fiodor Dostojewski - Netochka Nezvanova

Ta niedokończona powieść Dostojewskiego nie ukazała się nigdy po polsku, więc dlatego tytuł napisałam w transkrypcji angielskiej (Netochka Nezvanova ma znaczyć coś w stylu Niktosia Bezimienna, ale rosyjskiego nie znam w ogóle, więc mogę zmyślać). Żałować braku polskiego wydania nie ma co, bo niedokończone powieści wszyscy wiedzą jakie są.

Były takie czasy, kiedy nie śmiałabym krytykować Dostojewskiego, ale w tej chwili jestem już zupełną nihilistką i nie ma dla mnie żadnych świętości.

Co tu się w ogóle działo w tej książce? Zaczęło się od rozważań na temat geniuszu, cierpiących artystów i tego, że talent, któremu nie towarzyszy ciężka praca prowadzi do tragedii. To wszystko było a propos ojczyma Netochki, utalentowanego muzyka, któremu jednak mało się chciało i te fragmenty bardzo dobre. Można by z tego wykroić przyzwoite opowiadanko/nowelkę. Niestety, ojczym umiera i zostaje nam sama Netochka.

Od tego momentu bohaterowie (a raczej głównie bohaterki) na zmianę czerwienią się, bledną, omdlewają, lub kładą się do łóżka na długie dni z powodu osłabienia emocjonalnego. Szczególnie Netochka jest taka delikatna. Czasem trudno było mi się połapać z jakiegoż to powodu Netochka znowu mdleje.

Ta książeczka ma jedyne 175 stron i widać, że Dostojewski zamierzał się na jakieś wielkie tomiszcze, ale fabuła się zaczęła mu rozłazić, nie wiadomo przez ile stron jeszcze bohaterki mogą tak mdleć w kółko, więc projekt został porzucony.

Aczkolwiek warto podkreślić i pochwalić proto-lesbijski wątek, który zdążył się pojawić w Netoczce.

Tuesday, 29 September 2015

Gustav Jahoda - Psychologia przesądu

Jak wiecie jestem osobą niezwykle racjonalną z bardzo niską tolerancją na wszelkie bzdury, w które ludzie wierzą. Przesądy, horoskopy, leczenie kryształami, przeróżne znaki na niebie i ziemi - wszystko to mnie interesuje jedynie z antropologiczno-socjologiczno-psychologiczno-kulturoznawczego punktu widzenia. Niestety, istnieje w mojej głowie taka mała strefa zarządzana przez nerwicę natręctw, która czasem rzuca mi takie pomysły: jeżeli nie policzę do siedmiu przed wstaniem z łóżka to w gdzieś w Ameryce Południowej rozbije się samolot.  Tak więc w ramach szerokich zainteresowań psychologicznych, jak również w ramach rozpatrywania własnych neuroz, postanowiłam przeczytać 'Psychologię przesądu' Gustava Jahody. 

Czy już wiem dlaczego muszę policzyć do siedmiu? Nie do końca. Nadal trzeba by to było rozpracować w jakiejś terapii.

Jahoda skupia się w swojej książce na odrzucaniu wszelkich teorii, stworzonych przez takich myślicieli jak Freud czy Jung, opisujących powstawanie przesądów.

Można się nieźle obśmiać. Na przykład (pewnie się strasznie zdziwicie) Freud (lub któryś z jego wiernych uczniów, nie pamiętam) wysunął taką hipotezę, że przesądy łączą się z tłumionymi pragnieniami seksualnymi (oczywiście!). I, wyobraźcie sobie, odpukiwanie w drewno jest symbolicznym gwałtem na matce. Drewno to matka, twój palec to penis, a liczba trzy (bo odpukiwać się powinno trzy razy) reprezentuje męskie organy płciowe. Wielu ludzi, zauważyłam, odpukuje tylko dwa razy. Czyli penis na pół wykastrowany? O tym też można by sobie porozmawiać na terapii.

Jung, z kolei, sam był okropnie przesądny. Wierzył, że 'nic nie dzieje się bez przyczyny' i wyprodukował raczej szaloną teorię synchroniczności. Ani ja ani Jahoda nie mogliśmy się w tym za bardzo połapać, więc zacytuję Wikipedię:
termin stworzony przez C.G. Junga na określenie hipotetycznej zasady wszechzwiązku zdarzeń, która miałaby działać obok zasady przyczynowości. Jung podał kilka nieco różniących się od siebie definicji tego pojęcia. Jedna z nich zakłada, że synchroniczność to pojawienie się w równoległych liniach dwóch zjawisk, wydarzeń lub stanów psychicznych, mających dla obserwatora, wspólne znaczenie, które nie byłyby ze sobą powiązane przyczynowo. Z kolei według krytyków tego pojęcia, rzekome przypadki "synchroniczności" są to "normalne zdarzenia o niskim prawdopodobieństwie", co do których nie wszyscy są w stanie, je jako takie, zaakceptować: kolekcjonując je, przypisując im szczególne znaczenie, paranormalne, mistyczne, a nawet religijne, podczas gdy to już sama natura losowości powoduje, że przeszukiwanie danych losowych (szczególnie naprawdę dużych rozmiarów) umożliwia uzyskanie jakichś znaczących wzorców.
Nadal nieprzekonani? Posłużę się tym, najbardziej znanym przykładem (moim własnym tłumaczeniem angielskiej wersji cytatu z książki Junga na temat synchroniczności, i zacytowanej przez Jahodę, ale zgubiłam gdzieś tę książkę).
 "Pewna młoda kobieta przychodząca do mnie na terapię miała ważny sen, w którym ktoś jej dał złotego skarabeusza. W momencie gdy opowiadała mi go, ja siedziałam tyłem do zamkniętego okna. Nagle usłyszyłam jakiś dźwięk za sobą, delikatnie stukanie. Obejrzałem się i zobaczyłem owada uderzającego w szybę od wewnątrz. Otworzyłem okno i złapałem go w rękę, gdy wlatywał do środka. Był to najbliższy odpowiednik złotego skarabeusza jaki można znaleźć w naszych szerokościach geograficznych, czyli Cetonia aurata (kruszczyca złotawka, jak mnie informuje Wikipedia), który (wbrew swoim normalnym zwyczajom) postanowił wlecieć do ciemnego pomieszczenia w tej dokładnie chwili. Przyznam, że nigdy wcześniej ani nigdy później coś takiego mi się nie przydarzyło."
Jung twierdził, że była to sytuacja tak naładowana emocjonalnie, że aż spowodowała to na pozór z nią niezwiązane wydarzenie. Przypomina mi to tę pogrążoną w żałobie sikorkę, które pukała do okien ambasady Północnej Korei po śmierci Kim Jong Ila.

Ostateczna konkluzja Jahody dotycząca przesądów jest taka, że pozwalają nam one kontrolować, to czego kontrolować nie możemy i pozwalają wierzyć, że świat to coś więcej niż bezsensowny chaos. Moja własna konkluzja jest taka, że przesądy są rzeczą naturalną, częścią naszego dziedzictwa kulturowego. I jeżeli muszę liczyć do siedmiu, że zapobiec wypadkom lotniczym, to niech tak będzie. To mój krzyż i będę go nieść.

Thursday, 24 September 2015

Niskie loty Wysokich Obcasów - szok i niedowierzanie

Wysokie Obcasy czasem lubię a czasem mnie irytują różnymi wykwitami w stylu ‘Sprawdź czy jesteś w szczęśliwym związku. 10 oznak”, które pojawiają się na ich stronie internetowej, ale zazwyczaj są to pierdolety ogólnie nieszkodliwe. Wczoraj jednak Wysokie Obcasy uznały, że przeskoczą naraz Super Express i Fakt. Wyzwania tego podjęła się Ilona Dobrzańska, jak mniemam absolwentka dziennikarstwa, która wynorała artykuł na serwisie brytol.com, który jak wiadomo słynie z rzetelności i właściwie można go cytować w pracach akademickich. Artykuł straszył w tytule „Niższe kary dla gwałcicieli białych kobiet. Anglia w szoku.” I był pełen tak fantastycznych bzdur i przeinaczeń, że naprawdę nie wiem po co go było ulepszać, ale Dobrzańska uznała, że to nie wystarczy, dodała trochę od siebie i ostatecznie na facebooku pojawiło się zdjęcie mężczyzny o azjatyckim (mówimy tu o subkontynencie indyjskim) wyglądzie i podpis „Mniejsza kara dla gwałciciela białej kobiety w Anglii”.

Pierwsza konkluzja bez klikania jest taka, że ten mężczyzna wyglądający na muzułmanina zgwałcił kobietę, ale dostał niski wyrok, bo kobieta była biała. I to wszystko w Wielkiej Brytanii. Oczywiście artykuły nie wszyscy czytają, niektórym wystarcza tylko tytuł, żeby się zabrać za komentowanie. Niestety w tym wypadku, nawet przeczytanie artykułu nie na wiele się zda, bo jest to jakiś zupełny bełkot.

Zaczyna się od tego że „Sąd odwoławczy w Anglii zadecydował, że osoba, która dopuści się gwałtu na Azjatce, będzie surowiej traktowana niż ta, która skrzywdzi białą kobietę.” I już po tym jednym zdaniu każdy powinien wiedzieć, że to jakaś bzdura, bo od kiedy to ‘sąd odwoławczy’ ustanawia prawo? Jeżeli całe to zdanie miało pokrętnie się powoływać na prawo precedensu, to nie tak to prawo działa, i na pewno nie w Wielkiej Brytanii.

Dalej artykuł bredzi nagle o dzieciach i pedofilach. Dlaczego? Tego się nie dowiemy, bo w ogóle nie wiadomo o co chodzi, nie ma żadnego kontekstu. Tyle tylko że ‘taki wyrok stwarza szansę dla pedofilów’, którzy wybierając sobie dziewczynki nieazjatyckie mogą dostać łagodniejszy wyrok. Artykuł przypomina, że wyrok uzasadnia, że zgwałcona azjatycka dziewczynka nie ma szans na zawarcie aranżowanego małżeństwa i to dlatego wyrok musi być surowszy. Więc konkluzja jest taka, że prawo w Wielkiej Brytanii wspiera aranżowane małżeństwa.

Komentarze na facebooku pod tym bełkotem można podzielić zasadniczo na trzy grupy. Pierwsza grupa to „szok i niedowierzanie”. Jednak to niedowierzanie nie jest nie na tyle silne, żeby komentującego wysłać do wujka Google’a aby sprawdzić, czy przypadkiem jakiejś bzdury nie przeczytał. Jest to zatem szok i niedowierzanie, ale tak trochę na pokaz, bo tak naprawdę to jednak wszyscy komentujący (z dosłownie kilkoma chlubnymi powątpiewającymi wyjątkami) łyknęli całość jak młode pelikany.

Druga grupa to coś w stylu „Rasizm! Do tego doprowadzi nas multi kulti! Do tego doprowadzi nas polityczna poprawność! Biali białym zgotowali ten los przez wypaczenie pojęcia tolerancji”. Ten artykuł jest nieetyczny i szkodliwy właśnie głównie ze względu na tę grupę komentujących, która sobie uroiła, że to ‘biali’ są w mniejszości, są dyskryminowani i należy się okopać. I każdy taki bzdurny, nieprawdziwy artykuł to kolejna cegiełka budująca w ich schorowanych głowach efekt potwierdzenia.

Trzecia grupa, to typowa ostoja polskich tradycji i wartości, broniąca nas przed ‘dziczą’, która nam utnie głowy, wprowadzi prawo szariatu i poobcina ręce za kradzież itp. Ta grupa ochoczo wysuwa własne propozycje kar dla gwałcicieli i wykazuje się niezwykłą inwencją. Mamy tu obcinanie głów, rąk i genitaliów, w różnej kolejności. Jak również analny gwałt zbiorowy (któż miałby się podjąć tego zadania? Tego komentujący nie zdradzają) a następnie obcinanie różnych części ciała. Niektórzy proponują tradycyjny strzał w tył głowy.

No a teraz. Co tak naprawdę się wydarzało w Anglii? Znajdźmy początek tego fascnynującego głuchego telefonu. Zatem historia ta przedstawia się tak: pedofil pochodzenia azjatyckiego zgwałcił dwie dziewczynki, również pochodzenia azjatyckiego. Sąd wyznaczył mu szczególnie wysoką karę, uzasadniając, że ponieważ dziewczynki pochodzą z bardzo konserwatywnej społeczności jest to dodatkowe lub szczególne okrucieństwo, bo w takich społecznościach ostracyzm i wynikająca z niego psychologiczna trauma są jeszcze większe. Warto zaznaczyć, że w każdej sprawie o gwałt mogą zachodzić różne okoliczności, które wpływają na wysokość wyroku. Jeżeli nastąpiło szczególnie okrucieństwo fizyczne kara jest wyższa itd. Uzasadnienie tego wyroku jest kontrowersyjne bo rzeczywiście nie wiadomo czy to że dziewczynki mają zniszczone życie, bo pochodzą z takiej a nie innej społeczności kwalifikuje się jako szczególnie okrucieństwo psychiczne. I faktycznie niektóre organizacje oprotestowały ten wyrok. Jakiś odpowiednik Wysokich Obcasów z Bangladeszu, stosujący równie wysokie standardy dziennikarskie mógłby tę historię opisać tak: Biały sędzia daje wyższy wyrok azjatyckiemu pedofilowi i mętnie się z tego tłumaczy.

Przy okazji warto też wspomnieć, że rok temu w Anglii i Walii weszło w życie nowe prawo, według którego nakłanianie do wstąpienia w związek małżeński (jak dzieje się to przy aranżowanych małżeństwach) jest przestępstwem kryminalnym (czyli podpadającym teraz pod kodeks karny, nie cywilny) i można zasądzić wyrok nawet do 7 lat więzienia. Tak że krótko mówiąc, nie, w Anglii prawo nie wspiera aranżowanych małżeństw. I nie, nie wprowadzono prawa według którego za gwałt na białych kobietach można dostać niższy wyrok. Oraz sąd apelacyjne nie zajmują się wprowadzaniem nowych praw.

*ERRATA: Napisałam wcześniej, że to powinno zostać przetłumaczone na sąd apelacyjny, ponieważ w Anglii rozpatrywał tę spraw Court of Appeal, czyli sąd apelacyjny (przedostatniej instancji), ale akceptuję, że można ogólnie nazwać to sądem odwoławczym.

Link do postu na fejsbuku: https://www.facebook.com/wysokieobcasy/posts/10153628373849882

UPDATE: Chciałam tylko powiedzieć, bo widzę, że ten post się cały czas bardzo klika, że naczelna WO post usunęła i przeprosiła, więc topór wojenny zakopałam. 

Thursday, 10 September 2015

Shirley Jackson - Zawsze mieszkałyśmy w zamku

Co za urocza książeczka. Posłuchajcie tego (wyjątkowo udało mi się znaleźć jak to faktycznie wygląda w polskim przekładzie, aczkolwiek śmiem uważać, że jak bym to zgrabniej zrobiła). 
 "Nazywam się Mary Katherine Blackwood. Mam osiemnaście lat i mieszkam z siostrą Constance. Często myślę, że przy odrobinie szczęścia mogłabym urodzić się wilkołakiem, bo dwa środkowe palce obu moich rąk są tej samej długości, ale muszę zadowolić się tym, czym obdarzyła mnie natura. Nie lubię mycia, psów i hałasu. Lubię moją siostrę Constance, Ryszarda Plantageneta i Amanita phalloides, muchomora sromotnikowego. Reszta mojej rodziny nie żyje."
 Jest specjalne wygrzane miejsce w moim sercu dla tych wszystkich stukniętych, niewiarygodnych (czy też 'niegodnych zaufania') narratorów, którzy może mają, a może nie, mordercze skłonności. Czytam ich słowa i je rozumiem. Ich logika ma dla mnie sens. Pewnie sobie myślicie: "Kinga, czy aby trochę nie martwi cię fakt, że tak łatwo ci identyfikować się ze wszystkimi tymi szaleńcami?" I ja powiem: "Tak, trochę mnie to martwi. Chyba. Ale jak to śpiewa Seal "We're never gonna survive unless we get a little crazayy-y-y".

Wracając do książki - Merricat and Constance to siostry, które mieszkają w wielkim domu zupełnie same, nie licząc ich upośledzonego wujka. Mają ogród, w którym hodują przeróżne rzeczy, które później Constance zamienia w pyszne potrawy, co Merricat podsumowuje tak:
"Przejadamy rok. Jemy wiosnę, lato i jesień. Czekamy aż coś urośnie, a potem to zjadamy." (tłumaczenie moje)
 Brzmi to zupełnie błogo. Ja też chcę mieszkać w takim wielkim domu z moją siostrą, praktukując moje śmieszne nieszkodliwe rytuały, znosząc nowe książki z lokalnej biblioteki co tydzień.

Myślę, że Merricat powinna wyjść za Franka z 'Fabryki Os' Banksa. Zostali dla siebie stworzeni (albo Frank został stworzony na podstawie Merricat, trudno nie zauważyc niesamowitych podobieństw). Oczywiście oboje nie znoszą obcych, więc z początku mogą próbować się nawzajem zabić, ale żaden związek nie jest przecież idealny. Wierzę, że w końcu odkryliby w sobie bratnie dusze, wzięli ślub i mieli stado zupełnie porypanych dzieci. (Oczywiście to może być trochę trudne biorąc pod uwagę fakt, że Frank nie ma penisa, ale ufam, że miłość pokona i takie niedogodności.)


Monday, 10 August 2015

Clare Morrall - The Roundabout Man


"Trwam w samym oku cyklonu, w spokojnym centrum nieustającego huraganu samochodów i ciężarówek zmierzających w stronę M6, na północ, aż do Szkocji lub na południe do Penzance i Land's End. Czasem myślę, że może one wcale nie wjeżdżają na autostradę i słyszę te same pojazdy, kręcace się w nieskończoność, jak wielokrotne kopie Latającego Holendra, skazane na wieczną tułaczkę. Nie żałuję ani przez chwilę, że nie jestem już jednym z nich. 

Poznajcie Quinna Smitha, który zaparkował swój wóz kempingowy na środku ronda i postanowił zostać tam na zawsze. Ponieważ nie jest takim zwyczajnym bezdomnym włóczęgą, po jakimś czasie zaczyna się nim interesować lokalna społeczność, a za nią oczywiście tabloidy, co jest ostatnią rzeczą której pragnie Quinn, przebywający na swoim dobrowolnym wygnaniu. Jest to niezwykle ciekawe zawiązanie fabuły, więc ze smutkiem zanotowałam, że książka dalej wpadła w tradycyjne sidła historii o tajemnicach rodzinnych. Nie to, że jest coś złego w tym podgatunku literackim, oprócz tego, że jeżeli przeczytasz wystarczającą ilość takich książek, to zazwyczaj jesteś w stanie rozszyfrować te tajemnice na jakieś 100 stron w przód i pilnie potrzebujesz czegoś jeszcze, żeby nie stracić zainteresowania.

Co więc oferuje czytelnikowi 'The Roundabout Man'?

Rozdział po rozdziale poznajemy historię głównego bohatera, który został uwieczniony jako niezdarny trzylatek z permanentnie rozwiązanymi sznurówkami przez swoją matkę - pisarkę, która jest tak naprawdę centralną postacią tej powieści, nawet jeśli nie jest jej poświęcone aż tyle miejsca. Jest to postać groteskowa, wyrodna matka której czytelnik nie ma prawa polubić oraz światowej sławy autorka książek dla dzieci, dla której inspiracją była (wydaje się to oczywiste mimo że książka zapewnia, że wszelkie podobieństwo itd.) Enid Blyton.

Morrall kontrastuje sielankowe dzieciństwo przedstawione w książkach Larissy z smutną i ponurą egzystencją Quinna na rondzie koło stacji benzynowej. Oczywiście cała ironia polega na tym, że Larissa Smith, autorka ukochana przez dzieci na całym świecie, była okrutna względem własnych dzieci i nie umiała im dać takiej miłości, którą uważa się za naturalną u matki. Zamiast tego Larissa wpisuje wszystkie swoje dzieci w swoje książki, gdzie jest idealną matką, która głaszcze pociechy po głowach i daje im kubki gorącego kakao. Jak łatwo sobie wyobrazić czytanie o fikcyjnych czułościach własnej matki i porównywanie tego z pozbawioną miłości rzeczywistością niezbyt dobrze wróży rozwojowi i pewności siebie czwórki dzieci Larissy. I tak więc wszystkie te dzieci wyrastają na popapranych dorosłych. Żałuję, że matka  nie została przedstawiona w bardziej skomplikowany sposób, co dodałoby książce złożoności. Trudno dla Larissy czuć jakąkolwiek sympatię mimo że widzimy ją kochającymi oczami Quinna i mimo tego, że autorka proponuje coś co ma tłumaczyć jej oziębłość.

Moim głównym zarzutem względem takich książek jest to, że mają one tendencję do tłumaczenia absolutnie wszystkiego jednym sekretem. Gdy już sekret zostanie ujawniony nagle wszystko staje się jasne i nabiera sensu. Uważam, że to zupełne narracyjne lenistwo i pójście po linii najmniejszego oporu. Poza tym, uważam, że po skończeniu dwudziestu pięciu lat już nie wolno nikomu obarczać winą za różne rzeczy swoich rodziców (pomijając absolutnie makabryczne przypadki) i każdy musi już wziąć odpowiedzialność za swoje własne błędy. No ale wtedy książka już się tak sama nie pisze.

Morrall pyta się nas "jak bardzo kształtują nas historie na których się wychowaliśmy, filmy, które widzieliśmy, seriale, które oglądaliśmy latami?" I daje smutną odpowiedź, że bardzo. Szczególnie jeśli zdarzy ci się być prototypem bohatera dziecięcej prozy znanego na cały świat. Jest to etykietka, której trudno się pozbyć, jeżeli, tak jak Quinn, jesteś raczej niczym niewyróżniającym się człowiekiem i nie masz nic co mogłoby dać jakąś przeciwwagę tej pożyczonej tożsamości. Quinn dorasta bardzo późno, wśród swoich nowych przyjaciół ze stacji benzynowej i to chyba najlepsza część książki. W tej obskurnej scenerii autostrady czytelnik zobaczy (lub i nie, zależy jakąś ma wrażliwość rzeczony czytelnik) delikatne piękno, tak różne od cukrowych uroków książek dla dzieci.

Kiedy sama byłam dzieckiem, też chciałam mieszkać w krzakach na rondzie obok naszego domu. Teraz oczywiście rozumiem, że nie byłby to najszczęśliwszy pomysł. I o tym właśnie jest 'The Roundabout Man' - o przyjrzeniu się swojemu dzieciństwu, jego marzeniom i przekonaniom, które często nie wytrzymały próby czasu. Jest też o tej nostalgii, którą odczuwamy na myśl o dzieciństwie, o tym raju utraconym, który tak naprawdę jest wytworem naszej wyobraźni.

Wednesday, 29 April 2015

Alan Bennett – Czytelniczka znakomita



Co jest bardziej miłe sercu bibliofila niż książka o książkach? Podobne do tego jak Xzibit w Pimp My Ride instaluje ci drugi samochód w środku pierwszego samochodu, bo wie jak bardzo kochasz samochody. Więc Alan Bennet wstawił ci książki w książkę. Wstawił tam też królowę angielską, więc wszystko zapowiada się niezwykle przyjemnie.

Wyobraźcie sobie Królową, w zaawansowanym wieku, w którym się teraz znajduje (no, może nieco mniej zaawansowanym, bo książka została wydana w 2007) odkrywa nagle radość czytania i angażuje niejakiego Nelsona, aby pomógł jej zdobywać książki poprowadził ją przez świat literatury. Tak, właśnie kimś takim bym chciała być jak dorosnę. Czyimś osobistym doradcą literackim. A Królowa jest bardzo przykładną uczennicą. Jej apetyt na książki jest nie do zaspokojenia. Nie chce mówić o niczym innym jak tylko o książkach i torturuje poddanych co chwila przepytując ich na temat tego autora lub tamtego tytułu. Dokładnie wiem, jak to jest. Czasem moi znajomi krzyczą w desperacji: „Czy moglibyśmy porozmawiać o czymś oprócz książek?!”. Na co ja zazwyczaj odpowiadam: „Dobrze. Zatem. Co dzisiaj jadłaś na śniadanie?”.
Ratuje mnie tylko internet, gdzie są całe zastępy pokrewnych dusz pochowanych po różnych literackich kątach.

Bennett pięknie opisuje jakie postępy robi czytelnik w miarę czytania, jak każda lepsza książka ustawia poprzeczkę wyżej, aż w końcu jesteśmy gotowi na najbardziej skomplikowane i ambitne dzieła. Oczywiście, to się nigdy stanie, jeżeli nie wyjdzie się poza swoją ciepłą bezpieczną norkę książkową (pełną nastoletnich wampirów czy innego Coelho).

Bennett również stawia hipotezę, że czytania musi w końcu doprowadzić do pisania i wierzy w pewną wyższość pisania nad czytaniem, że jest to czynność bardziej wysublimowana. Nie jestem pewna czy się z tym zgadzam. Moim zdaniem trzeba mieć w sobie dużo samokontroli i skromności (brakuje mi obydwóch), żeby być usatysfakcjonownym tylko czytanie i nie odczuwać tej napuszonej potrzeby pisania.

Inną interesującą rzeczą w tej książce jest cała kwestia monarchii i arystokracji. Nie zawsze pisanie o panujących monarchach uchodzi autorom na sucho. A w Anglii obchodzą się z tymi wszystkimi błękitno-krwistymi jak z jajkiem, co dla takiej mniej wychowanej w komunistycznej (a później post-komunistycznej) Polsce jest dość absurdalne i śmieszno-smutne. W mojej poprzedniej pracy przeszłam szkolenie w zwracaniu się w właściwy spsosób do różnych lordów, duków i markizów. Wydawało mi się to trochę tragiczne i jak zobaczyłam jak nasz dyrektor kłania się uniżenie jakiemuś Earlowi tego czy tamtego to naprawdę nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że za chwilę jeszcze się rzuci na ziemie i odsłoni brzuch jak szczeniak w geście poddaństwa. Przydałaby się tu jakaś rewolucja.

Co nie udało się w polskim tłumaczeniu to oddanie wieloznaczności tytułu. Common reader - oznacza osobę, która czyta tylko dla przyjemności, a nie w jakimś akademickim celu. Common oznacza też zwykłęog człowieka z plebsu (w odróżnieniu od arystokracji). Tak więc angielski tytuł "The Uncommon Reader" jest ciekawą grą słów.

Tuesday, 31 March 2015

Rafael Balanzá - Los Asesinos Lentos

Tego tytułu nie ma po polsku, jak również nie ma go po angielsku. Można tę książkę przeczytać jedynie po hiszpańsku. Raczej szkoda, bo jest to przyjemny eksperyment literacki.

Zaczyna się raczej tradycyjnym schematem - facet w wieku średnim spotyka kogoś ze swojej przeszłości, co wywołuje wodospad wspomnień (porównaj Poczucie kresu Barnesa). Juan, nasz narrator, jest ogólnie szczęśliwym właścicielem sklepu zoologicznego, do czasu aż spotyka starego kumpla - Valle, z którym w dawnych czasach grał w kapeli rokowej. Mogłoby to wszystko pójść dobrze znanymi torami rozpamiętywania przeszłości przez dwieście stron, ale Valle na koniec rozmowy oznajmia Juanowi przelotem, że zamierza go zabić. Tak więc mamy tu doczynienia z bardziej hardkorowymi duchami przeszłości.

Juan (jak można się spodziewać) jest nieco zaskoczony tym wyznaniem i próbuje się dowiedzieć, dlaczegóż to Valle pragnie go zamordować. Valle, jak na dobrego kumpla przystało, podaje wyjaśnienie, które można skrócić w ten sposób: "Drogi Juanie, dawno, dawno temu wywinąłeś mi ten niefajny numer, pamiętasz? I oczywiście nie mówię, że jest to jedyny powód, dla którego moje życie to kompletne gówno, ale fakt jest faktem że moje życie to gówno, a że w dzisiejszych czasach z całym tym bogactwem czynników i wpływów, raczej trudno ustalić kto jest czemu winny, postanowiłem dla uproszczenia sprawy symbolicznie winić ciebie.


I co tu odpowiedzieć na takie dictum? Nie za wiele. Od tego momentu robi się raczej kafkowo. Juan nie może zgłosić przestępstwa na policję, bo Valle ostrzegł go, że wszystkiego się wyprze. Valle mówi też, że mało dba o swoje gówniane życie i nawet sugeruje, że jedynym wyjściem z sytuacji byłoby zabicie jego samego przez Juana.

Juan przechodzi przez różne fazy od zupłnego zaprzeczenia do paranoji, a w międzyczasie jego 'szczęśliwe życie' zupełnie się rozpada. Narracja robi się gorączkowa, trochę tu Dostojewskiego, trochę Sabato. Na dodatek Juan dostaje jeszcze obsesji na punkcie pewnego nieuchwytnego pisarza (który dziwnie przypomina autora tej noweli) i w pewnym momencie cytuje jego opowiadanie w całości. Takie rzeczy jak u Borgesa.
Gdybym była bardziej oczytana, to jeszcze więcej nazwisk bym tu wymieniała, ale że nie jestem to już się wyloguję.